niedziela, 29 września 2013

Rozdział 27

Dla mnie świat się zawalił. Nie potrafię myśleć o niczym innym. Ciągle mam przed oczami najgorsze. Nie pragnę niczego innego, niż to żeby było dobrze. Żeby nasze maleństwo wyzdrowiało, żeby było z nami już zawsze. Spędzaliśmy w szpitalu cały czas. W ogóle nie chciałam wracać do domu, ale Kamil martwił się o mnie i był bardzo stanowczy, dlatego co wieczór wracałam do domu, ale to i tak nic nie dało bo nie mogłam zasnąć. Bałam się, że pod naszą nieobecność coś się stanie. Lekarze przez ostatni miesiąc, starali się jak mogli. Robili wiele badań, ściągali specjalistów, jednak nie obiecywali, że będzie dobrze. Twierdzili, że wszystko się może stać. Kamil już całkowicie zrezygnował z koncertów. Fani na szczęście to zrozumieli i wspierali nas w tej trudnej dla nas sytuacji. Oczywiście nie obyło się bez wielu artykułów w gazetach i  internecie, czy natarczywego nękania nas pod szpitalem, jednak po jakimś czasie dali nam spokój. Widocznie mieli chociaż na tyle serca, że przestali nas nagabywać. To dla nas i tak było wystarczająco trudne.

Była okropna pogoda na zewnątrz, nic dziwnego skoro jest już początek października. Udało mi się na chwilę przysnąć, ale już po chwili obudziłam się przerażona, bo usłyszałam dźwięk mojego telefonu. Kamil także od razu się zerwał i spoglądał na mnie szeroko otwartymi oczyma, gdy ja rozmawiałam przez telefon coraz bardziej roztrzęsiona. Gdy skończyłam rozmawiać, spojrzałam na Kamila i powiedziałam głosem wypranym z całkowitych emocji:
- Lekarze powiedzieli, że są bezradni i Kacperek może  w każdej chwili... - nie wytrzymałam i się rozpłakałam. Kamil chciał mnie przytulić, lecz ja odepchnęłam go.
- Nasze dziecko właśnie umiera, a  ty chcesz mnie pocieszać? - wypowiedziałam to z taką złością, aż sama się siebie przestraszyłam. Kamil nie odpowiedział nic, tylko także wstał i szybko się ubrał. Jechaliśmy do szpitala w zupełniej ciszy, przerywanej tylko moim płaczem. Łzy same ciekły mi po twarzy, nawet nie próbowałam ich powstrzymać, bo wiem, że na nic by się to zdało. Wbiegliśmy do szpitala i od razu pokierowaliśmy się do sali Kacperka. Po drodze Kamil złapał mnie za rękę, by dodać mnie i sobie otuchy. Doszliśmy pod jego salę i stanęliśmy jak wryci. Nie wiedzieliśmy co nas czeka. Czy w ogóle jeszcze coś nas czeka. Starałam się jakoś opanować i ostrożnie nacisnęłam klamkę i uchyliłam drzwi. Gdy zobaczyłam nasze maleństwo w łóżeczku podpięte do różnych urządzeń to do razu do niego podbiegłam. Widziałam, że jest coraz gorzej i że nie mamy już czasu. Kacperek już nawet sam nie oddychał. Na jego widok ścisnęło mi się serce. Przylgnęłam do Kamila, oboje płakaliśmy. Złapaliśmy naszego synka za rączkę i tak spędziliśmy z nim ostanie chwile. Na naszych oczach wydarzyło się coś najgorszego w naszym życiu. Nasze dziecko zmarło. Jego malutkie serduszko stanęło dokładnie o trzeciej nad ranem. Spędziliśmy z nim zaledwie godzinę. Jak to się w ogóle mogło wydarzyć? To było jeszcze maleństwo, nie zdążyło niczego jeszcze przeżyć, cieszyć się z życia i już nigdy nie będzie dane mu tego zrobić. Nie zacznie raczkować, nie wypowie swojego pierwszego słowa. Nie będzie mógł podziwiać Kamila na koncertach, nie będzie nawet miał możliwości wyboru drogi własnego życia, bo już go nie ma. A z nim odeszła większa część mnie. Bez niego nie będzie już tak samo. Pokochałam go całą sobą. Dlaczego to musiało się zdarzyć właśnie nam? Przecież nie zrobiliśmy nic złego.
- Boże dlaczego nas tak ukarałeś? - wypowiadałam to pytanie co chwila w myślach.
Dla mnie nie ma już życia. To było moje dziecko, moje i Kamila. Tak na prawdę to on nas połączył w jedność. Dopiero przy Kacperku zrozumieliśmy, że jesteśmy dla siebie najważniejsi.
- Idźcie do domu. - powiedział do nas smutnym głosem lekarz, ale w ogóle nie docierało do mnie znaczenie tych słów. Nie wiem jakim sposobem znalazłam się w domu, pamiętam tylko, jak nie mogłam wyjść z sali malutkiego, jakby moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Awanturowałam się z każdym kto chciał mi zabrać Kacperka. Trzymałam go w silnym uścisku. Nic do mnie nie docierało. Nie mogłam go po prostu tak zostawić. Gdy pomyślałam, że już niedługo jego małe ciałko zostanie zamknięte w drewnianej skrzyni moje serce przestało na moment bić. Nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli dlatego wypierałam ją z siebie. Mówiłam do Kacperka, przytulałam go, całowałam. Dzięki temu czułam choć troszkę że tak do końca nie odszedł. Nie wiem w jaki sposób mi go odebrali, ale wiedziałam jedno, że Kamil pomógł im mi go zabrać i za to tak strasznie go znienawidziłam. Jak on mógł?  - pytałam sama siebie, jednak nie potrafiłam sobie odpowiedzieć.

OCZAMI KAMILA:
Nie mogłem znieść widoku Nysi z naszym martwym synkiem na rękach. Zachowywała się jakby  oszalała. Widziałem, że robi wszystko, byle nie dopuścić do siebie myśli, że Kacperek na prawdę umarł. Ten widok był straszny, jeszcze bardziej mnie załamywał. Sam nie potrafiłem powstrzymać płaczu. Nie obchodziło mnie nic prócz tego, że mój synek zmarł i że moja ukochana dziewczyna cierpi bardziej niż ja. Tak bardzo go pokochała. Był jej oczkiem w głowie. Traktowała go jakby sama go urodziła. Przez cały czas okazywała mu tyle dobroci ile tylko mogła. Stałem przed salą i tępo wpatrywałem się w nich. Chyba nigdy nie zapomnę tego widoku, już całe życie będzie mnie ten obraz dręczył. Tak bardzo żałuję, że nic nie  mogłem zrobić. Nie mogłem w ogóle pomóc. Na nic się zdała moja sława, pieniądze. Mogłem tylko stać i przyglądać się bezczynnie jak moje dziecko umierało, a wraz z nim uchodzi całe życie z mojej ukochanej Nysi. Ta bezczynność była najgorsza. Nic nie mogłem zrobić. To było straszne. Tak bardzo bolało, czułem że moje serce pękło i nie wiem czy kiedykolwiek będzie w stanie coś je połączyć w całość.
Nie mogłem wytrzymać już tego widoku i sam pomogłem lekarzom wyswobodzić martwe ciało Kacperka z objęć Natalii. Wrzeszczała, kopała, biła każdego, kto stał koło niej. Gdy spojrzałem na ból w jej oczach, gdy widziała jak zabierają Kacperka z sali miałem ochotę oddać go jej w ramiona byle tylko nie była taka przerażona. Pozwoliłem by cierpiała jeszcze bardziej, ale wiem, że musiałem to zrobić. To i tak by musiało nastąpić. Musimy się z tym pogodzić. Tylko to jest cholernie trudne, gdy nie wiesz za co spotyka cię tak straszna kara. Czy na prawdę byłem takim złym człowiekiem? Nawet jeśli tak to czy nie mogłeś Boże ukarać tylko mnie? Dlaczego ukarałeś osoby które tak bardzo kocham? Co one ci złego zrobiły? Jak takie maleństwo mogło zgrzeszyć? Skoro było samym szczęściem?  Powiedz Boże dlaczego?
Zabrałem Nysię do domu. Lekarze dali jej dużą dawkę środków uspokajających, dlatego się uspokoiła. Ale widok jej mnie przerażał. Szła jakby otępiała, oczy miała przeszyte bólem. Widać było, że cierpi, ale najgorsze było to że całkowicie mnie odtrąciła. Na mój dotyk reagowała wzdrygnięciem, jakby to było dla niej straszne że ją dotykam. Jak w amoku poszła do pokoju Kacperka, usiadła na fotelu w którym zawsze go usypiała i cicho łkając przytuliła do siebie misia, który leżał w łóżeczku małego. Nie mogłem do niej dotrzeć, mówiłem do niej, ale w ogóle nie reagowała. Siedziała ciągle w tej samej pozycji. Nie mogłem dłużej znieść tego widoku i wyszedłem na balkon. Paliłem jednego papierosa za drugim. Dopiero gdy nie miałem już co palić, poszedłem zobaczyć co z Nysią. Miała zamknięte oczy, pomyślałem, że śpi i chciałem ją przenieść do naszego pokoju, lecz gdy tylko ją dotknąłem zaczęła histerycznie krzyczeć, a jej twarz od razu zalała się potokiem łez. Gdy zamknąłem za sobą drzwi, to dopiero wtedy się uspokoiła. Czułem straszny ból, dlaczego ona tak się zachowuje? Przecież nie zrobiłem jej nic złego. To było także moje dziecko i ja też cierpię. Czy ona tego nie widzi?

Kolejne dni mijały podobnie. Nyśka w ogóle się do mnie nie odzywała, ciągle płakała, prawie nic nie jadła. Cały czas spędzała w pokoju Kacperka. Siedziała tam, już nawet nie płakała. Chociaż wolałbym żeby płakała, bo miałem pewność że coś czuje, że żyje, a jak teraz tak siedzi i wyglądem przypomina swój własny cień to boję się o nią jeszcze bardziej. Gdy nadszedł dzień pogrzebu, ubrała się na czarno i pojechała ze mną do kościoła. Gdy ksiądz przemawiał nie byłem w stanie go słuchać. Spoglądałem przed siebie na zamkniętą małą trumienkę. Nie mogłem znieść myśli, że tam leży nasze dziecko. Popłakałem się i nie mogłem przestać. Kornela ścisnęła mnie za rękę dla pocieszenie, chociaż sama nie była w lepszym stanie. Cała moja rodzina przeżywała to razem z nami. Próbowali nam pomóc, ale nie wiedzieli co mogliby zrobić. W takiej sytuacji ciężko jest zrobić cokolwiek.
W pewnym momencie Nyśka wstała i podbiegła do trumny. Próbowała ją otworzyć jednak ta była szczelnie zamknięta. Gdy opadła już z sił przytuliła się do chłodnej powierzchni drewna i zaczęła szlochać. Nawet ksiądz był przerażony jej zachowaniem. Podszedłem do niej oniemiały i wręcz siłą ja stamtąd odciągnąłem. Wtuliła się we mnie z braku sił i pogrążyła się  w rozpaczy. Pogrzeb dobiegł końca, a Nyśka dalej płakała. Nie mogliśmy jej uspokoić. Wróciliśmy do domu, ona poszła znowu do pokoju Kacperka. Myślałem, że nie wyjdzie stamtąd do późnego wieczora, jednak Natalia wyszła po chwili i stanęła przede mną.
- To koniec, proszę wyprowadź się. - stałem oniemiały. Nie rozumiałem o co jej chodzi. Próbowałem z nią porozmawiać, ale w ogóle mnie nie słuchała. Jak chciałem ją dotknąć znowu wpadała w panikę. Nie mogłem zrobić nic innego, jak to o co mnie prosiła. Jeśli to ma jej pomóc to jestem w stanie się wyprowadzić na jakiś czas. Wziąłem swoje wszystkie rzeczy i przed wyjściem wszedłem do pokoju Kacperka. Spojrzałem na nią i bałem się, że się zaraz rozpłaczę.
- Kocham cię. - zdawała się w ogóle nie słyszeć moich słów.  Zamknąłem cicho pokój i wyszedłem z mieszkania.

Trochę się rozpisałam i muszę się przyznać, że pisząc płakałam jak głupia. Nie wiem czy wam się to spodoba, mam nadzieję, że tak. Proszę napiszcie szczere opinie, bardzo mnie to cieszy gdy widzę, że pod rozdziałem są komentarze.
Dzisiaj na smutno, ale pamiętajcie, że najpierw musi być deszcz żeby mogło wyjść słonko :)

czwartek, 26 września 2013

Rozdział 26

Obudziłam się bardzo szybko, bo już o 7:10 byłam na nogach. Byłam zdenerwowana, w końcu to dzisiaj zamieszka z nami Kacperek. Tak szybko minęły te trzy dni. Ale to może i lepiej, w końcu i tak nadszedłby ten moment, nie ma co tego odwlekać. Siedziałam w kuchni i popijałam kakałko, gdy wszedł zaspany Kamil.
- Hej kochanie, co tak wcześnie wstałeś? - Kamil wyglądał bardzo zabawnie, zresztą jak każdego ranka. Każdy dred stoi mu w inną stronę i ta jego zaspana minka. Nie sposób się nie śmiać.
- Nie wiem, tak jakoś. Jak się przebudziłem i zobaczyłem, że cię nie ma to pomyślałem, że pójdę w twoje ślady i wstanę. Chociaż szybciej będziemy mogli jechać po Kacperka.  - uśmiechnął się szeroko, na co ja tym samym mu odpowiedziałam.
- No tak, więc siadaj zrobię śniadanko, ogarniemy się i jedziemy. - sama się sobie dziwiłam, że tak się z tego cieszę.
Zjedliśmy, uszykowaliśmy się i  już po godzinie byliśmy pod szpitalem. Wzięliśmy ciuszki, nosidełko i parę innych rzeczy. W szpitalu powitali nas uśmiechem. Poznali historię Kacperka i uważali nas za wspaniałych ludzi,  a nam sprawiało to wiele radości. Musieliśmy chwilę poczekać na wypis małego. W tym czasie trzymałam nasze maleństwo w ramionach,  a Kamil przyglądał nam się z uwielbieniem w oczach.
- Czemu się tak patrzysz? - podszedł do nas i przytulił się do mnie, ciągle patrząc na Kacperka.
- Bo mam przy sobie kobietę, którą kocham i tego maluszka, który jest taki malutki, a daje tyle szczęścia.
- To prawda jest wspaniały. - wyszeptałam i pocałowałam nasze maleństwo w czółko.
Dostaliśmy wypis, pogadaliśmy chwilę z lekarzem. Chcieliśmy się upewnić, że wszystko jest na 100% dobrze. Lekarz rozwiał nasze obawy i już wychodziliśmy ze szpitala. Jednak nie zrobiliśmy tego, bo pod szpitalem stała chmara ludzi z aparatami.
- K...wa, skąd oni się dowiedzieli, że tu jestem? - zapytał ze złością Kamil.
- Nie wiem, ale co teraz zrobimy? Jak wyjdziemy stąd z dzieckiem to nie będziemy mieli w ogóle życia. - usiadłam z maleństwem na krześle, tak żeby nie było nas widać z zewnątrz.
- Choć idziemy.  - zaskoczona spojrzałam na Kamila.
- Jak to?
- Kochanie, oni i tak nie spoczną póki nie zrobią nam tego zdjęcia. Więc załatwmy to od razu. Porobią parę zdjęć, napiszą jakieś artykuły i za jakiś czas szał minie. Nie będę was ukrywać przed światem, jesteście całym moim życiem. - uśmiechnął się do mnie słodko. To były piękne słowa i to jeszcze wypowiedziane przez mężczyznę, którego kocham.
- No dobrze,  w takim razie chodźmy. Przytuliłam  Kacperka tak, żeby nie było widać jego twarzyczki. Nie chcę, żeby jego zdjęcie też było w gazetach.
Wyszliśmy na zewnątrz i wszyscy się na nas rzucili. Od błysku fleszy, o mało co nie oślepłam. Wszyscy przekrzykiwali się, co chwila ktoś podsuwał nam dyktafon i zadawał to kolejne pytanie. Nie odzywaliśmy się w ogóle i w końcu przedarliśmy się do samochodu.
- Boże, oni są gorsi niż myślałam. - wysapałam, męcząc się  przypinając nosidełko Kacperka.
- Wiem, ale uwierz, że czasami bywa jeszcze gorzej. - mruknął Kamil.
- Witaj w domu kochanie. - powiedziałam gdy weszliśmy do domu.
Nakarmiłam małego i zaniosłam go do jego nowego łóżeczka. Malutki był dziwnie czerwony, ale skoro lekarze powiedzieli, że wszystko ok to chyba nic takiego. Małe dzieci są czerwone, dlatego nie denerwowałam się tym.
Tego dnia nie robiliśmy nic szczególnego, prawie cały czas przesiedzieliśmy przy Kacperku. To było wspaniałe, móc z nim siedzieć i patrzeć na nasze maleństwo. Takim sposobem minęły nam dwa tygodnie. Było super, dawno nie czułam się tak beztrosko, ale ten czas musiał się skończyć.
Kacperek od początku był delikatnie czerwony, jednak teraz to już  nie było normalne. Malutki ciągle płakał, podkurczał nóżki i robił się siny. Nie czekaliśmy długo, i szybko pojechaliśmy do szpitala. Nie mogłam znieść myśli, że coś może mu się stać.
Lekarze od razu przypięli go do aparatury, słyszałam nieregularne bicie jego malutkiego serduszka,a  łzy ciekły mi strumieniem po twarzy.
- Kochanie, spokojnie. Nic mu nie będzie. - szeptał mi we włosy, jednak słyszałam, że sam jest załamany i za chwilę się rozpłacze.
- Dlaczego...? Przecież wszystko było dobrze. - rozpłakałam się jeszcze bardziej.
- Nysia, proszę nie płacz, wszystko będzie dobrze...
 Wyszedł do nas lekarz, spojrzeliśmy na niego przez łzy.
- Co z Kacperkiem? - wykrzyknęliśmy jednocześnie?
- Nie wiem jak to państwu powiedzieć, ale okazało się, że dziecko ma wrodzoną wadę serca i nie wiemy czy uda nam się go wyleczyć. - po jego słowach nie słyszałam już nic, poczułam tylko ból jakiego nigdy nie czułam...


Przepraszam, że taki krótki, ale nie mam czasu, a nie chciałam was zawieść, więc chciałam napisać chociaż trochę. Mam nadzieję, ze się wam spodoba, trochę nieoczekiwana sytuacja.
Dziękuję pewnej wariatce, która podczas rozmowy na skype zawsze mówi mi miłe słowa na temat tego bloga, a tym razem jest współautorką tego pomysłu.
Dzięki wielkie, ze to czytacie.
Pozdrawiam Aga:)

sobota, 21 września 2013

Rozdział 25

Nie mogłam się po tym pozbierać. Siedzieliśmy na szpitalnym korytarzu. Kamil przytulał mnie i pocieszał, mimo że sam ledwo co się trzymał. Ta sytuacja przerastała nas oboje, a przecież nie powiedziałam mu jeszcze wszystkiego.
- Kamil... ja nie wiem co mam teraz zrobić. Ona mnie prosiła, zanim umarła, abym zajęła się tym dzieckiem. Chciała, żebym była dla niego matką, wiedziała, że umiera. - powiedziałam i momentalnie znowu wybuchłam płaczem. Kamil spoglądał na mnie wielkimi oczami.
- Ale jak to?
- Nie wiem, czemu to zrobiła, przecież w ogóle mnie nie znała. Powierzyła mi swoje dziecko,  a nawet nie wie jakim jestem człowiekiem. - byłam zdezorientowana.
- Karolina zaufała ci, bo wie, że nie był bym z kimś kto nie ma serca i jest złym człowiekiem. Wie, że będziesz dobą matką. - przytulił mnie bardzo mocno.
- Nie... nie, Kamil ja nie mogę być matką dla tego dziecka. Jak ty to sobie wyobrażasz? Nie dam sobie rady, to jest twoje dziecko. Gdzie ja w tym wszystkim? - źle się czułam z tą prośbą. Nie ważne co zrobię, to i tak będę czuła, że źle wybrałam.
- Nyśka, posłuchaj zrobisz co będziesz chciała, ale proszę przemyśl to. Ja nie mam pojęcia jak sobie z tym poradzę, lub poradzimy. - spojrzał na mnie z pytaniem w oczach. - Ale wiem jedno, nie mogę zostawić tego maleństwa na pastwę losu. - zawsze wiedziałam, że Kamil jest wspaniałym człowiekiem, ale nie myślałam, że będzie w stanie zrobić coś takiego.
- Na prawdę chcesz się nim zaopiekować? - zapytałam z niedowierzaniem.
- Oczywiście, że tak. Muszę to zrobić. To też moje dziecko.
- A co jeśli to nie jest twoje dziecko? - może na prawdę to nie było jego dziecko, może ona zaszła w ciążę z kimś innym, od razu po rozstaniu z Kamilem?
- Nie wiem, ale póki nie zrobię testów na potwierdzenie ojcostwa moim obowiązkiem jest zająć się małym. Szczególnie w tej sytuacji. - na prawdę go zaczęłam podziwiać coraz bardziej.
- Dobrze,w takim razie obiecuję, że pomogę ci na tyle ile będę  mogła. - uśmiechnęłam się słabo. Wiem, że będzie ciężko, ale razem damy radę. Kamil wziął mnie w ramiona i wirowaliśmy na szpitalnym korytarzu. Pewnie dziwnie to wyglądało, Karolina dopiero co umarła, a my się cieszymy w najlepsze. Ale taka jest sytuacja, wiemy że możemy na siebie liczyć to się cieszymy.
- Dziękuję. Kocham cię wiesz? - szepnął cichutko.
- Wiem, wiem. Ja ciebie też. - dałam mu całusa w usta.  - Ale co będzie  z koncertami? - to był duży problem, przecież niedługo skończy mu się urlop i co potem?
- Muszę odwołam trasę. Pogadam z Anetą, jakoś to załatwi. Mamy teraz większy problem. - spojrzałam na niego przerażona. O co mu chodzi? Mało już mamy problemów?
- No wiesz, nie mamy nic co potrzebuje dziecko. Poza tym nie wiem, jak tak małe dziecko zniesie podróż do Wrocławia. - spojrzałam na niego jak na głupka.
- Nie ma mowy o przewożeniu małego do Wrocławia. Mam duże mieszkanie. Możecie u mnie zamieszkać. Wszystko jakoś załatwimy.
- Na serio? To by było wspaniałe rozwiązanie.
- Wiem, wiem. Choć musimy pogadać z lekarzem, kiedy będziemy mogli zabrać go do domu.
- A właśnie, jak my go nazwiemy?
- Kacperek. - Kamil spojrzał na mnie zdziwiony. - Karolina tak go nazwała.
- Hmmm... ładnie. W takim razie choć dowiemy się co z naszym synkiem, Kacperkiem. - jak to dziwnie brzmi. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego z czym mamy zamiar się zmierzyć. Będziemy rodzicami, bynajmniej przez jakiś czas.
Lekarz powiedział, że Kacperek jest w bardzo dobrej formie i już za trzy dni będziemy mogli go zabrać do domu. Poszliśmy do mnie i zaczęliśmy robić porządki w mojej - teraz już naszej - sypialni. Przestawiliśmy wszystko tak, aby zmieściło się blisko naszego łóżka, łóżeczko dla Kacperka. Potem zrobiliśmy listę co jest na potrzebne, dla małego. Lista była na prawdę bardzo długa. Jejku nawet nie wiedziałam, że aż tyle tego musimy mieć. Ustaliliśmy, że jutro z rana idziemy na zakupy. Wieczorem zmęczeni padliśmy na łóżko. Nie spałam zbyt dobrze,   wierciłam się, zresztą Kamil podobnie. Oboje przejmowaliśmy się tym, co  nas czeka. Jednak gdy złączyliśmy się w jedność w mocnym uścisku, od razu poczuliśmy ulgę. Zasnęliśmy natychmiast. Rano wstaliśmy szybko zjedliśmy śniadanie i już o 11:20 byliśmy w sklepie dziecięcym. W szpitalu ustaliliśmy, że moją się zająć dzieckiem póki nie przyjdziemy. Wyjaśniliśmy jaka jest sytuacja i na szczęście wszystko zrozumieli. Najpierw kupiliśmy mnóstwo ciuszków. Kamil biegał po sklepie jak szalony. Najchętniej wszystko by wykupił, jednak ja byłam bardziej rozsądna pod tym względem i trochę go hamowałam w tej rozrzutności. Mieliśmy tylko nadzieję, że nikt nie rozpozna Kamila. Specjalnie ubrał sweter który ma bardzo duży kaptur i prawie nie widać było jego twarzy. Chodziliśmy po sklepach do wieczora. Co jakiś czas tylko dowoziliśmy do domu kolejne zakupy. Znaleźliśmy piękny wózek, nosidełko, kołyskę, przewijak  i wszystko inne co było nam potrzebne.  Wieczorem nie mieliśmy na nic siły, nawet nie poustawialiśmy niczego tylko poszliśmy od razu spać.
Następny dzień minął nam równie szybko, w jednym z pokoi przemalowaliśmy ściany na błękitno i ustawiliśmy wszystko co będzie potrzebne Kacperkowi. Tylko łóżeczko stało w  sypialni. Szafki były pozapełniane ciuszkami, kocykami i tego typu rzeczami. Pod wieczór poszliśmy do sklepu i kupiliśmy bardzo dużo mleka  w proszku. Pytaliśmy się wszystkich, które jest najlepsze. Nawet zaczepiliśmy kobietę z dwójką dzieci. Jej zdanie było dla nas święte. W końcu skoro wychowała dwójkę dzieci, wie co dobre. Tego wieczora po raz kolejny padliśmy ze zmęczenia. Rano wyglądaliśmy jak żywe trupy. Jednak nie było dużo czasu, bo musieliśmy wszystko dokończyć i iść do szpitala. W końcu musimy przyzwyczaić się do myśli, że jesteśmy rodzicami, a w końcu dziecko potrzebuje kogoś bliskiego.
W szpitalu było na prawdę fajnie. Opiekowaliśmy się razem dzieckiem, pielęgniarki nam wszystko tłumaczyły, pokazywały jak karmić, myć, przewijać i wszystkie inne skomplikowanie rzeczy. Pod koniec dnia już trochę się oswoiłam i sama zaczęłam się nim zajmować, a Kamil dzielnie mi pomagał. Późnym wieczorem wróciliśmy do domu i podekscytowani, a zarazem zdenerwowani zasnęliśmy.


















środa, 18 września 2013

Rozdział 24

- Nysia... bo przed chwilą dzwoniła do mnie... moja była dziewczyna. - to teraz już wszystko jasne. Super, pewnie chce do niego wrócić, a ja pójdę w odstawkę. - Ona prosi mnie, żebym przyjechał bo jest w szpitalu...
- To co ty tu jeszcze robisz? Leć, przecież ona sobie sama nie poradzi! - teraz już nie wytrzymałam i sarkazmu w mojej wypowiedzi nie dało się nie zauważyć.
- Ale... to nie tak. Ona twierdzi, że za parę dni... - nie dokończył, schował twarz w dłonie. Widziałam, że kompletnie się załamał. Chciałam go pocieszyć, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam i odwróciłam wzrok, żeby nie widzieć jak cierpi.
- No co!? Co za parę dni!? Kami wy już nie jesteście ze sobą od prawie dziewięciu miesięcy, czego ona może teraz od ciebie chcieć? - krzyczałam przez łzy. Kamil spojrzał na mnie błagalnie, widziałam łzy w jego oczach.
- Cholerne dziewięć miesięcy. - wyszeptał z taką złością, aż się wzdrygnęłam.
Zaraz, zaraz. Dziewięć miesięcy. Coś mi przyszło na myśl. Nie to nie może być prawda. Błagam tylko nie to.
- Kamil, proszę powiedz, że to nie prawda... Kamil... - osunęłam się po ścianie. Skuliłam się i nie mogłam powstrzymać płaczu. Poczułam po chwili, jak Kamil siada obok mnie i z całej siły przytula mnie do siebie.
- Nysia... Nysia, ja nie wiedziałem... nie chciałem... Nysia proszę wybacz mi. - szeptał i płakał. Nie wiem ile tak siedzieliśmy. Minutę, godzinę, czy może nawet trzy. Po pewnym czasie, uspokoiliśmy się oboje i chciałam  z nim pogadać tak na spokojnie.
- Kamil, ty jesteś tego pewny, że ona jest z tobą w ... w ciąży? - ostatnie słowo nie chciało mi przejść przez gardło.
- Nie wiem, nie mam pojęcie czy mówi prawdę. Twierdzi, że na dniach ma rodzić. Raczej w tej sytuacji by nie kłamała, bo przecież musi mieć duży brzuch. Tylko teraz pytanie, czy to  na pewno moje dziecko.
- Tak właściwie to dlaczego się rozstaliście? - zapytałam niepewnie.
- Szczerze to sam nie wiem. Jakoś tak wyszło, ona miała swoje plany, twierdziła, że przeze mnie nie może się rozwijać. Zerwała ze mną i tyle. Później nie odzywała się do mnie, aż do teraz.
- Właśnie teraz, gdy jesteś ze mną? Przecież jak ona urodzi to wszystko się zmieni na gorsze. Jak ty to sobie wyobrażasz? Będziesz miał koncerty, wolnego parę dni i będziesz musiał ten czas poświęcić dziecku, a gdzie ja w tym wszystkim? Już chyba w ogóle nie będziemy się widywać.  - czułam, że za chwilę znowu się popłaczę.
- Nie pozwolę na to. Rozumiesz? Zrobię wszystko, żebyśmy byli razem. Obiecuję ci, że jeśli jeszcze będziesz chciała ze mną być to będziemy razem. Kocham cię. Musisz mi zaufać. - wiedziałam, że to dla niego też trudne, dlatego pomyślałam, że musimy się wzajemnie wspierać.
- Kamil, niczego innego nie pragnę tak bardzo jak bycia z tobą. Kocham cię i postaram się wspierać cię w tej sytuacji. - widziałam ulgę w jego oczach. Szczerze to ja tez trochę odetchnęłam, bo chociaż wiem, że się kochamy i razem jakoś damy radę. Wiem, że będzie ciężko, ale będziemy się wspierać.
- Dziękuję ci kochanie. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy. - wziął mnie w ramiona i mocno przytulił.
- Kamil zadzwoń do niej, musisz tam pojechać. W jakim mieście jest?
- Tak właściwie to tutaj. Ona ma tu rodzinę i widocznie u nich się zatrzymała. - zrobiłam wielkie oczy. Nie myślałam, że już tak szybko będziemy musieli stawić czoło tej sytuacji.
- Pojedź do niej. Musisz to zrobić. To twoje dziecko. - nie chciałam się z tym pogodzić, ale taka była prawda.
- Jeszcze nic nie wiadomo. Może okaże się inaczej. - widziałam, że stara się w to uwierzyć, ale sam nie jest do końca przekonany. Nagle usłyszeliśmy dźwięk jego telefonu.
Kamil rozmawiał zdenerwowany jakiś czas. Chodził po pokoju jak opętany. Nie rozumiałam wiele, z tego co mówił, bo słyszałam tylko urywki rozmowy. W końcu przestał rozmawiać.
- Kamil co jest?
- Dzwonili ze szpitala, coś jest nie tak z Karoliną. Będzie miała cesarskie cięcie, żeby dziecku się nic nie stało. Prosili żebym przyjechał, skoro jestem ojcem dziecka. - spojrzał na mnie błagalnie. - Nysia, proszę pojedź tam ze mną.
- Co? Przecież w niczym ci nie pomogę, ciebie prosili żebyś przyjechał.
- Proszę... ja nie dam razy sam.
- Dobra, już tylko się przebiorę. - narzuciłam na siebie, czarne rurki, bluzkę mgiełkę, do tego baleriny i już byłam gotowa. Kamil czekał już przy drzwiach. Jechaliśmy do szpitala w milczeniu. Parę razy Kamil o mało co nie wjechał w samochód przed nami. Nie dziwię mu się. W końcu zaparkował po szpitalem. Chwilę zwlekaliśmy z wyjściem z samochodu, jednak nie udało by się nam tego już dłużej odwlekać bo znowu zadzwonili ze szpitala. Pobiegliśmy na odział ginekologiczny i od razu poprosiliśmy o jakieś informacje. Zaprowadzono nas pod porodówkę i czekaliśmy w napięciu. Nikt nie chciał nam powiedzieć co i jak. Wszyscy chodzili w te i z powrotem. Widocznie coś było nie tak. Kamil już cały się trząsł ze zdenerwowania. Usiadłam obok niego na ławce i mocno przytuliłam. Po jakiejś godzinie, wyszedł z sali porodowej lekarz.
- Panie doktorze co z nimi? - zapytał się Kamil
- Nie było łatwo, ale uratowaliśmy dziecko. Wszystko z nim w porządku, ma pan synka, bardzo silnego. Natomiast, z panią Karoliną nie jest dobrze. Opanowaliśmy sytuację, jednak nie wiem co przyniosą najbliższe godziny. Za chwilę ją przewiozą na oiom, jest przytomna i prosiła, żeby pana do niej zaprowadzić. Więc proszę chwilę poczekać na pielęgniarkę, która was zaprowadzi do niej.
- Dziękuję, a czy mogę zobaczyć dziecko?
- Tak oczywiście, proszę za mną. - poszliśmy za lekarzem. Bałam się tam wejść, jednak Kamil trzymał mnie za rękę i nie pozwolił mi  zostać samej. Weszliśmy do małego pomieszczenia, w którym była pielęgniarka z maleństwem na rękach. Podeszliśmy niepewnie.
- Chce pan potrzymać synka? - zapytała pielęgniarka. Widać było, że poznała Kamila, jednak nie dała tego po sobie poznać. Byliśmy jej za to wdzięczni. Kamil delikatnie wziął na ręce swojego synka. Maleństwo spało, dziecko było na prawdę śliczne. Kamil bał się, że zrobi mu krzywdę, ale dzielnie dawał radę. Ten widok był wzruszający.
- Chcesz potrzymać małego? - zapytał mnie Kamil.
- Ja? No coś ty.
- Oj Nyśka, choć tu. - podeszłam do nich, Kamil podał mi malutkiego. W tej chwili nie wiedziałam co czuć, niby byłam zła, ale teraz gdy trzymałam go na rękach poczułam takie miłe uczucie. Pomyślałam, że sama bym chciała mieć takie maleństwo. Oddałam chłopca pielęgniarce i poszliśmy do Karoliny. Weszliśmy tam razem. Wyglądała nie za dobrze. Spojrzała na nas i delikatnie się uśmiechnęła.
- Kamil, dziękuję, że przyszedłeś.  Tobie też dziękuję. - spojrzała na mnie.
- Mi? Mi nie masz za co dziękować. Po prostu jestem tu bo Kamil tego chciał.
- Wiem, ale i tak dziękuję. - widziałam, że każde słowo sprawia jej wielką trudność.
- Kamil, przepraszam, że nie powiedziałam ci od razu... wiem popełniłam błąd, ale zawsze wiedziałam, że na ciebie będę mogła liczyć. Proszę nie myśl o mnie źle. - powiedziała do Kamila po czym zwróciła się do mnie. - Mogłybyśmy porozmawiać? - wyszeptała coraz słabsza.
- T...tak . - Kamil się zdziwił jednak spełnił jej prośbę i wyszedł z sali.
- Wiem, że nie mam prawa cię o to prosić, ale nie mam wyjścia. Wiem w jakim jestem stanie.  Proszę cię, abyś zaopiekowała się moim synkiem. Wiem, że kochacie się z Kamilem i wierzę, że stworzycie dla Kacperka prawdziwy dom. Proszę bądź dla niego dobrą matką. - uścisnęła mi rękę. Po policzku spłynęła jej pojedyncza łza i w tym momencie, tak jakby zapadła się w sobie. Jakby uszło z niej całe życie. Jednak ja słyszałam tylko jeden głuchy dźwięk wydobywający się z aparatury podłączonej do Karoliny, który oznacza, że serce pacjenta przestało bić.
Wszystko działo się jak na przyspieszonych obrotach, lekarze przy niej biegali, próbowali ją ratować.
Lekarz spojrzał na mnie i ze zrezygnowaniem pokręcił głową. Zanim wyszłam z tej sali usłyszałam tylko krótkie zdanie.
- Zgon nastąpił o 16:45. - wybiegłam na korytarz prosto w ramiona Kamila.
- Ona... ona umarła. - wydukałam, przez łzy.

Zachęcam do komentowania. Mam nadzieję, że wam się spodoba :)

niedziela, 15 września 2013

Rozdział 23

Po udanej kolacji pojechaliśmy taksówką do mnie. Było już bardzo późno, jednak my w ogóle nie wyglądaliśmy na zmęczonych. Promienieliśmy jak nigdy dotąd. Tak na prawdę dopiero dzisiaj poczułam, że jestem w pełni szczęśliwą kobietą.
Byłam w trakcie nalewania soku do szklanek, gdy poczułam jego dłonie na moich biodrach. Pocałował mnie  wszyję i szepnął:
- Kochanie, późno już choć do sypialni. - mówiąc to nie przestawał całować mnie w szyję. Czułam delikatne dreszcze. Odwróciłam się do niego przodem i spojrzałam na niego. Był taki przystojny, jak to możliwe, że on - Kamil Bednarek - jest ze mną, taką zwykłą dziewczyną.
- Wiem, wiem, już idę. - cmoknęłam go w policzek i poszłam przodem do sypialni. Jednak już po chwili unosiłam się w powietrzu, bo Kamil wziął mnie na ręce.
- Puść mnie!! - krzyczałam przez śmiech. - Wariat z ciebie wiesz? - powiedziałam gdy już mnie położył na łóżku. Położył się na mnie i zaczął mnie całować. Robiło się już bardzo gorąco, ale pomyślałam, że powinien się trochę pomęczyć. Odepchnęłam go i wstałam. Spojrzałam na niego i zaczęłam się śmiać z jego zdezorientowanej miny.
- No co kolego? Jest już późno i muszę wziąć prysznic. - uśmiechnęłam się słodko. - Tobie też to radzę. Trochę cię ostudzi kochanie. - ostanie słowo specjalnie podkreśliłam.
- Wredna jesteś wiesz? - powiedział z uśmiechem.
- Wiem, wiem, wiele razy już to słyszałam. - zdjęłam sukienkę, specjalnie robiłam to bardzo wolno i uwodzicielsko, Kamil cały czas nie mógł oderwać ode mnie wzroku.
- Nysia, skarbie choć tu do mnie. - spoglądał na mnie smutnym wzrokiem.
- O nie, nie, nie. Nie ma tak dobrze. Ja teraz idę pod prysznic. - posłałam mu całusa, a on opadł na łóżko ciężko wzdychając.
Weszłam do łazienki, ale nie miałam zamiaru brać prysznica. Zdjęłam szybko bieliznę i owinęłam się ręcznikiem. Tak weszłam do pokoju. Kamil spoglądał na mnie zaciekawiony,a ja zgasiłam tylko światło i zsunęłam z siebie ręcznik. Podeszłam do niego i nie musiałam długo czekać. Kamil szybko się otrząsnął i przyciągnął mnie do siebie, przy okazji zdejmując z siebie koszulkę. Rozpięłam mu spodnie, on szybko je ściągnął razem z bokserkami. Czułam jego nagie ciało pod sobą. Zaczęliśmy się namiętnie całować, po chwili to ja leżałam już pod nim. Kamil spojrzał na mnie jak nigdy dotąd. Widziałam w jego oczach ogromne uczucie, w tej chwili wiedziałam, że jestem dla niego bardzo ważna.
- Kocham cię. - wyszeptał po czym delikatnie we mnie wszedł. Nigdy dotąd nie czułam się tak idealnie, podczas stosunku. Nawet z Kamilem, gdy kochaliśmy się wcześniej, było całkiem inaczej. Teraz było idealnie i wiem, że tą chwilę zapamiętam do końca życia. Gdy skończyliśmy, położyłam głowę na jego klatce piersiowej. Czułam się bezpieczna jak nigdy wcześniej. Przed snem usłyszałam delikatnie wypowiedziane dwa słowa: Kocham Cię. Z uśmiechem na ustach zasnęłam.
Obudziłam się, bo poczułam, że Kamil delikatnie całuje mnie w głowę.
- Cześć kochanie, czemu już nie śpisz? - zapytałam i dałam mu całusa.
- Szkoda czasu na sen gdy ma się obok siebie tyle szczęścia. - to było bardzo miłe, tym bardziej, że wiem jak Kamil potrafi długo spać. Jest strasznym śpiochem, zresztą ja też.
- Oj tam, oj tam. Mówisz tak tylko. - droczyłam się z nim.
- Nysia, kochanie musisz wiedzieć, że ja zawsze mówię prawdę i zawsze mam rację. - uśmiechnął się zawadiacko.
- Hmmm... jakoś nie jestem tego taka pewna. - udawałam, że się nad tym głęboko zastanawiam.
- To ja ci to dokładnie wytłumaczę, ale  w inny sposób. - uśmiechnął się, puścił do mnie oczko i zaczął mnie obsypywać pocałunkami. - Teraz już mi wierzysz? - spoglądał na mnie uśmiechnięty.
- Wiesz co, jakoś jeszcze nie za bardzo. - spoglądałam na niego filuternie. Zaczął mnie namiętnie całować, a że byliśmy nadzy szybko poczułam go w sobie. Od razu odpłynęłam z rozkoszy. Po jakimś czasie zmęczeni przylgnęliśmy do siebie w mocnym uścisku.
- Teraz już ci wieżę.
- Spróbowałabyś nie. - powiedział zadziornie.
- Dobra Kamil, musimy już wstawać. Chyba nie chcesz spędzić całego dnia w łóżku co?
- Mi tu się bardzo podoba.
- Mi też, ale przydałoby się wstać.  - spojrzał na mnie smutno.
- Obiecuję, że wieczorem tu wrócimy. - pocałowałam go, a potem wstałam i szybko owinęłam się w ręcznik, żeby nie chodzić nago. Wzięłam szybki prysznic,  a podczas tego uśmiech nie schodził mi z twarzy. Po mnie wszedł Kamil, a ja zeszłam i zrobiłam nam śniadanie. Przepyszne kanapeczki wiosenne, a do tego herbatka, bo raczej kawy na rozbudzenie nie potrzebujemy. Zjedliśmy śniadanie i nie chciało nam się nigdzie wychodzić to oglądaliśmy filmy. W międzyczasie zjedliśmy obiad, potem kolację, i już nastał wieczór. W sypialni, Kamil przypomniał mi, że mu coś obiecałam, więc złączyliśmy się w namiętnym pocałunku i na tym, nie poprzestaliśmy.
 Obudziłam się rano i przestraszyłam się, bo Kamila nie było obok mnie. Narzuciłam na siebie jego koszulkę i wyjęłam z szafki czyste bokserki. Poszłam do kuchni i odetchnęłam z ulgą. Kamil siedział przy stole i nad czymś myślał.
- Coś się stało? - wyglądał na zmartwionego.  Spojrzał w moja stronę, chyba dopiero teraz zorientował się, że weszłam do kuchni.
- Nie, nic się nie stało. Ja... muszę ci coś powiedzieć....















środa, 11 września 2013

Rozdział 22

- To co Nyśka teraz robimy? - zapytał Kamil z zadziornym uśmiechem.
- Tobie tylko jedno w głowie. - szturchnęłam go dla zabawy. Kamil podszedł do mnie i przyciągnął mnie do siebie.
- To twoja wina. - mruknął, uwodzicielsko gładząc mnie po karku.
- O nie mój drogi, dosyć tego dobrego. - delikatnie, acz stanowczo odepchnęłam go od siebie i ruszyłam do kuchni uwodzicielskim krokiem. Czułam na sobie jego spojrzenie. Muszę go trochę podkręcić, może w końcu zrozumie, że nie będzie tak łatwo i musi się trochę postarać. Przyszedł za mną do kuchni i oparł się o blat na którym siedziałam. Ta sytuacja przypomniała mi to co się wydarzyło między nami w domu jego dziadka. Udawałam, że jest mi to obojętne i zaczęłam nucić jakąś melodię pod nosem.
- Co powiesz na taką prawdziwą randkę? - zaskoczył mnie tym pytaniem, aż otworzyłam buzię z wrażenia. Kamil wybuchnął śmiechem. - No co? Myślisz, że chcę tylko jednego, a tak nie jest. Wiem, że kobiety maja różne potrzeby i rozumiem to, więc jak? - spoglądał na mnie z zadartą brwią.
- No w sumie, chętnie bym gdzieś wyszła.
- To leć się przebrać i wychodzimy.
- A co nie podoba ci się mój struj? - udawałam obrażoną, przecież wiadomo, że nie pójdę z nim na randkę w za luźnym na mnie dresie.
- Ty we wszystkim wyglądasz, ale nie wiem czy chcesz iść do ludzi w spodniach z plamą na tyłku. - co kurcze? Jaka plama na tyłku? Zaczęłam się okręcać wokół siebie, co zapewne śmiesznie wyglądało, bo Kamil prawie leżał na podłodze ze śmiechu. Warknęłam na niego i pobiegłam do  mojego pokoju, bo tam mam wielkie lustro. Zobaczyłam, że mam na tyłku czerwoną plamę. Pobiegłam do łazienki, żeby sprawdzić czy to nie okres, ale to jeszcze nie czas. Miałam rację, miesiączka to nie była. Pobiegłam znowu do pokoju i zdjęłam spodnie. Nawet bokserki miałam poplamione. Na coś widocznie musiałam usiąść.
- Kamil czemu mi nie powiedziałeś!? - krzyczałam do niego, jak mógł nie powiedzieć? Pojawił się w drzwiach pokoju, oparł się bezczelnie i śmiał mi się prosto w twarz. Zaraz go chyba uduszę!
- Jakoś zapomniałem. - powiedział z miną niewiniątka.
- Pewnie, zapomniałeś! To dlatego tak ciągle głupio się śmiałeś. Co fajnie było? Cham z ciebie i tyle. - powiedziałam mu co o tym wszystkim myślę, a on wybuchnął jeszcze głośniejszym śmiechem. Szczerze to już też nie mogłam wytrzymać i śmiałam  się razem z nim. Zapomniałam, że jestem w samych bokserkach i to tych poplamionych, więc wzięłam szybko czystą bieliznę i ubranie i popędziłam do łazienki. Trochę mi to wszystko zajęło czasu. Wzięłam prysznic i zaczęłam się szykować. Podkręciłam włosy, dzięki czemu spływały teraz w kaskadzie loków. Zrobiłam subtelny makijaż i założyłam prześliczną zwiewną neonową sukienkę. Do tego tylko koturny, torebka i jestem gotowa. Zeszłam na dół i zobaczyłam Kamila czekającego na mnie. Wyglądał świetnie, założył białą bokserkę i sportową marynarkę z kapturem, do tego dżinsy z obniżonym krokiem i wysokie adidasy. Na mój widok chyba go zatkało, czyli wyszło tak jak chciałam.
- Pięknie wyglądasz. - wyszeptał gdy do niego podeszłam.
- Dziękuję, ty też niczego sobie. - mrugnęłam do niego zalotnie. Zawsze wyobrażałam sobie siebie w  takiej sytuacji i myślałam, że nie będę potrafiła się tak zachowywać, ale nawet nieźle mi szło. Kamil był lekko skołowany, co jest dziwne, bo on zawsze był bardzo pewny siebie.
- Dzięki... to co idziemy?
- Pewnie, tylko gdzie?
- A to już niespodzianka, mam pewien plan. - uśmiechnął się chytrze, no takiego Kamila to ja dobrze znam.
- No dobrze, to prowadź. - pierwszym przystankiem była przepiękna mała knajpka z fajnym klimatem. Tam Kamil zamówił lody w pięknych pucharkach. Dawno nie jadłam tak dobrych lodów, nawet nie wiedziałam, że w pobliżu mojego domu jest takie miłe miejsce. Później poszliśmy   na bulwar miejski. Jest tam prześlicznie, tyle zakochanych par. Tyle szczęśliwych ludzi widzieliśmy, że nie sposób było się nie uśmiechać. Rozmawialiśmy, wygłupialiśmy się, ogółem było świetnie. Siedzieliśmy tak  ponad godzinkę. Zaskoczyło mnie to, że fani nie podchodzili do Kamila. Widziałam, że rozpoznali go,  ale byli na tyle mili, że nie podchodzili do nas i nie przeszkadzali.
- Mmm... cudownie jest. - wymruczał Kamil. - Ale teraz czas na dalszą część naszej randki. - wstał i podął mi dłonie, jak prawdziwy dżentelmen. Poszliśmy się przejść mostem staromiejskim. Uwielbiam ten most, jest taki piękny. Zaczęło się ściemniać, myślałam, że będziemy już wracać, ale to nie było koniec atrakcji na ten dzień. Doszliśmy do restauracji, jednej  z najlepszych w tym mieście. Kamil miał już dla nas zamówiony stolik na tarasie. Musiał wykupić cały taras, bo nie było tu nikogo oprócz nas. Czułam się wspaniale, byłam w towarzystwie mężczyzny którego kocham, do tego przede mną roztaczał się przepiękny widok na ostatnie promienie słońca odbijające się w wodach rzeki. Kelner przyniósł szampana, był przepyszny.
- Nysia... mam nadzieję, że ci się podoba. - wyczułam prawdziwą niepewność w jego głosie.
- Kamil, nawet nie wiesz jak bardzo. To najpiękniejszy dzień w moim życiu. - wyszeptałam i łzy szczęścia same zaczęły płynąć po policzkach. Kamil podszedł do mnie i pomógł wstać. Przytulił mnie najmocniej jak potrafił i szeptał łagodnie moje imię. W jego ramionach czułam się idealnie. Nawet nie wiem kiedy zaczęliśmy tańczyć. Kołysaliśmy się w rytm melodii, wydobywającej się z fortepianu.
- Kocham cię. - usłyszałam od niego najpiękniejsze słowa jakie mógł powiedzieć. Wziął moją twarz w swoje dłonie i spoglądał mi głęboko w oczy. Ja go w tym momencie pocałowałam, to była odpowiedź na jego wyznanie. Oderwaliśmy się od siebie.
- Nysia, proszę bądź ze mną. Zakochałem się w tobie i nic tego nie zmieni. Proszę zgódź się. - spoglądał na mnie tymi swoimi pięknymi oczami, nie sposób było się nie zgodzić. Przecież i tak nie pragnęłam niczego innego.

sobota, 7 września 2013

Rozdział 21

- To co idziemy do mnie tak? - zapytałam wszystkich. Spojrzeli na mnie jak na głupią.
- Jak to do ciebie? - zapytali chórem.
- No do mnie mam w domu trzy duże łóżka i dwa materace jednoosobowe więc się wszyscy pomieścicie. Po co macie wynajmować hotel, skoro macie mnie. - uśmiechnęłam się słodko.
- No przestań, nie będziemy robić ci kłopotu. - powiedziała Kornela.
- No co ty jaki to kłopot? Tak bym siedziała sama i się nudziła.Więc nie marudźcie tylko chodźcie. No chyba że nie chcecie. - może oni na serio nie chcieli u mnie spać.
- Pewnie, że chcemy. - wykrzyknęli prawie chórem. - poszliśmy do mnie, faceci od razu zaczęli jęczeć, że są głodni. Zrobiłam trzy czubiaste talerze kanapek i nastawiłam na herbatę.  Chłopaki od razu rzucili się na jedzenie, wyglądało to przekomicznie. Zachowywali się jak dzieci.
- Dobra to kto gdzie śpi? - zapytał Maciek, jednocześnie ziewając. Widać było, że wszyscy są padnięci.
- To tak w pokoju gościnnym jest duże łóżko więc może Aneta z Kornelą będą tam spać. Co wy na to?
- No pewnie, nam pasuje. - powiedziała Kornela.
- Ok to teraz jeszcze wy musicie uzgodnić między sobą jak śpicie. Jak już mówiłam są dwa materace jednoosobowe i duże łóżko. Piter i Zwierzu powiedzieli, że mogą razem spać więc oni dostali łóżko w salonie.
- To ja biorę materac. - powiedział Maciek. - Ja też. - dopowiedział Radek. Kurczę chyba coś pogmatwałam, zapomniałam tak jakby o miejscu do spania dla jednej osoby.
- A co ze mną? - zapytał zdezorientowany Kamil.
- Kurcze pomyliłam się w liczeniu.
- No spoko, to ja będę spał na podłodze. - zrobiło mi się strasznie głupio, przecież nie mogę mu pozwolić spać na podłodze.
- Zaraz, zaraz. Przecież mówiłaś, że masz trzy duże łóżka, a jak na razie zajęte są dwa. Więc nie ma problemu. - powiedział uśmiechnięty Maciek.
-Tak tylko, że na tym trzecim śpię ja. - może powinnam się zgodzić? - Ale w sumie racja. To Kamil będzie spał u mnie w pokoju. - nie wiem czy będę wstanie przy nim zasnąć, gdy będę czuła koło siebie jego obecność.
- Nie no przestań Nysia, ja mogę spać na podłodze.
- Nie ma mowy,śpisz u mnie i koniec tematu.
- Uu-uu... Kamilek masz przewalone. Nyśka to ostra laska i jak będziesz się do niej dobierał przez sen to nieźle cię załatwi, więc radzę ci trzymać ręce przy sobie. - żartował sobie Radek. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, nawet Kornela nie mogła się opanować. Natomiast ja z Kamilem zrobiliśmy się cali czerwoni. Ogółem było nam głupio, gdyby tylko wszyscy wiedzieli, że łączy nas nie tylko przyjaźń, bynajmniej nie taka normalna.
- Wy już lepiej idźcie się ogarniać, a ja przygotuję wam łóżka. - jednak na szczęście wszyscy mi pomogli i już po godzince, wszyscy byli wykąpani i mieli przygotowane miejsce do spania. Ubrałam długą koszulkę i spodenki, było mi głupio spać przy Kamilu w majtkach mimo, że łączyło i łączy nas coś więcej. Leżałam już  w łóżku, gdy przyszedł Kamil. Miał na sobie same bokserki i widać było, że jest zawstydzony całą tą sytuacją.
- Nyśka jeśli chcesz to ja na prawdę mogę spać na podłodze. - wiedziałam, że nie tego nie chce, ale w razie czego byłby gotowy to dla mnie zrobić.
- Nie, na prawdę jest ok. - uśmiechnęłam się nieśmiało. Kamil w tym czasie się położył.
Było już bardzo późno, ale mimo później pory nadal nie mogłam zasnąć. Ciągle miałam ochotę się do niego przytulić. Czułam, że on także nie śpi, o co chwila przekręcał się z jednego boku na drugi. Coraz bardziej się do siebie przybliżaliśmy, aż nasze dłonie odnalazły się. Spletliśmy je w uścisku, i już po chwili byłam w objęciach Kamila.
- Od samego początku o tym marzyłem. - wyszeptał mi do ucha. Gładził mnie po karku, to było takie cudowne uczucie. Teraz czułam się idealnie, jakbym w końcu odnalazła zaginioną część mnie.  W tej pozycji szybko zasnęliśmy.
Rano obudziły mnie promienie słońca wpadające zza okna. Znowu zapomniałam zasunąć rolety, codziennie jest tak samo. Przypomniałam sobie, że Kamil jest koło mnie. Spojrzałam na niego, myślałam, że jeszcze śpi bo była dopiero 9:35, jednak on leżał podparty na łokciu i mi się przyglądał.
- Czemu się tak na mnie patrzysz? - spytałam sceptycznie, wiem jak rano zawsze wyglądam i to nie jest fajny widok.
- Jesteś piękna. - wymruczał, tym swoim cudownym, powalającym na kolana głosem.
- Prześpij się jeszcze bo bredzisz. - spojrzałam na niego krzywo, chociaż wolałabym być teraz  w jego ramionach niż udawać obojętną.
- Nyśka daj spokój, nie musisz udawać. Każdy ma uczucia i ty także, dlatego powinnaś się przyznać do niech sama przed sobą. - spojrzał mi w oczy. Wiedziałam, że prędzej czy później i tak mu ulegnę. Nie powiedziałam nic, tylko go pocałowałam. To było taka ucieczka od mówienia o sobie, o swoich uczuciach, nigdy nie lubiłam tego robić. Kamil odwzajemnił pocałunek i trwał on jakiś czas. Później się przytuliliśmy i bez słów cieszyliśmy się tą chwilą. Kamil co jakiś czas obdarowywał mnie pocałunkami, a to w ramię, to w policzek, w głowę i tak ciągle. Cudownie było czuć go tak blisko siebie,  jednak musieliśmy wstać, bo zapewne reszta już tez się pewnie obudziła.
- Kamil musimy wstać już. - zrobił wielkie smutne oczy, wyglądał tak wzruszająco, że nie sposób było go nie pocieszyć. Dałam mu buziaka  w policzek i uśmiechnęłam się. - Za chwilę wszyscy wstaną i musimy się jakoś ogarnąć, chyba nie chcesz żeby wszyscy zobaczyli nas przytulających się.
- Czemu nie? Chyba, że się mnie wstydzisz.
- Nie głupolu, nie wstydzę się ciebie, ale wolę na razie, żeby wszyscy myśleli, że łączy nas tylko przyjaźń, bo tak na prawdę to jeszcze sami nie wiemy jak to jest.
- Dobra, dobra, ale ja wieżę, że będzie dobrze. Marzenia się spełniają. - wyszeptał.
Wstaliśmy, szybko się ogarnęliśmy i przygotowaliśmy jajecznicę. Akurat jak była gotowa, to wszyscy się zjawili przy stole.  Zjedli i niestety musieli wracać. Mieli wolne i wiadomo, że chcieli pobyć  z bliskimi. Z Kamilem ustaliliśmy, że zostanie u mnie do końca urlopu. Chcemy się bliżej poznać i spędzić ze sobą jak najwięcej czasu. Oczywiście nie obyło się bez głupich żartów ze strony chłopaków.  Wszyscy się z nas  śmiali,a  my staliśmy cali czerwoni. Pożegnaliśmy się ze wszystkimi i wróciliśmy do mieszkania.


W końcu napisałam. Zauważyłam, że jest coraz mniej wejść. Szkoda...
Mam prośbę do tych osób, które to czytają, żebyście dodawali więcej komentarzy, bo to na prawdę zachęca do pisania i nawet jak nie mam czasu to dzięki tym komentarzom staram się nie zaniedbywać tego bloga. Dziękuję tym którzy to czytają. :)
Pozdrawiam :)

środa, 4 września 2013

Rozdział 20

Jakimś trafem koncert Kamila odbędzie się prawie pod moim domem, bo mieszkam przy stadionie. Zawsze gdy jest jakiś koncert czy mecz to nawet nie muszę wychodzić z domu, żeby to zobaczyć czy usłyszeć. Z jednej strony fajne, jednak z drugiej czasami do rana nie mogę spać bo jest jakaś impreza.
- Kamil, jesteś pewny, że mogę iść z tobą? - nie byłam pewna czy jego przyjaciele mnie polubią.
- No pewnie, że tak. Poznasz wszystkich, jestem pewny, że się polubicie. Nawet moja siostra będzie, a może też Kondzio przyjechał. Mówię ci, będzie super. Nic się nie bój. - uśmiechnął się pocieszająco i dał mi buziaka w policzek na odwagę.
- No dobra, to co wchodzimy? - pomyślałam, że nie mam co się stresować. W końcu to prawie jak rodzina Kamila, więc muszą być tak samo fajni jak on.
- Pewnie! - Kamil wziął mnie za rękę i pociągnął w stronę wejścia. Próba odbywała się na głównej scenie, ponieważ stadion na razie był zamknięty dla widzów. Myślałam, że będziemy mieli problemy z wejściem, bo przy drzwiach stał ochroniarz, jednak od razu poznał Kamila i wręczył nam plakietki, żebyśmy wszędzie mogli swobodnie wejść. Już po chwili słyszałam dźwięki muzyki. Pewnie chłopaki zaczęli już próbę. Podeszliśmy pod scenę, tam gdzie stały dwie osoby. Pewnie Aneta i Kornela.
- Cześć Aneta, cześć Korni. - pocałował obie w policzek.
- No w końcu jesteś. Ile można na ciebie czekać brat? - Kornela udawała oburzoną, jednak gdy zauważyła mnie zrobiła zaciekawioną minę, zresztą Aneta miała podobną.
- Były małe opóźnienia pociągu. - powiedział Kamil i mrugnął do mnie z porozumiewawczym uśmiechem. - Poznajcie Natalię, to moja przyjaciółka, a to Aneta i Kornela. - wskazał ręką po kolei na każdą, jednak ja od razu wiedziałam, która to która. Kornela jest bardzo podobna do Kamila i jest bardzo ładna.
- Część, miło was poznać. - uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Cześć, to o tobie Kamil mi opowiadał przez telefon? - powiedziała uśmiechnięta Korni.
- Hmm... no nie wiem czy to o mnie ci opowiadał, to już jest pytanie do niego. - nie wierzyłam, że on opowiadał o mnie. Przecież dopiero mnie poznał. Spojrzałam pytająco na niego.
- No pewnie, że o tobie. - uśmiechnął się zadziornie.
- Dobra, dobra. Kamil leć do chłopaków na próbę. Ty Korni też, a ja pójdę zając się organizacyjnymi sprawami. Przepraszam, ale musimy zrobić swoje. - uśmiechnęła się do mnie pocieszająco.
- No pewnie, ja tu poczekam. - nie czułam się urażona, że mnie zostawiają, w końcu to ich praca.
- No co ty choć do nas na scenę, siądziesz i posłuchasz jak gramy. - powiedział Kamil. Przecież nie zostawię cię tutaj samej. - Kamil przedstawił mnie każdemu z chłopaków, jednak Konrada z nimi nie było. Zdaje mi się, że mnie polubili. Usiadłam po turecku na rogu sceny i słuchałam tych pięknych dźwięków. Było na prawdę super, ich piosenki są świetne. Dopiero od paru dni ich słucham, jednak to nie przeszkadzało mi, żeby śpiewać razem z Kamilem i Kornelą. Te piosenki są tak świetne, że szybko wpadają w ucho. Próba minęła świetnie. Skończyli o 19, a koncert miał być dopiero o 21. Kamil zaproponował byśmy wszyscy poszli coś zjeść. Jednak był mały problem. Jeśli pójdziemy całą paczką, ludzie będą zwracać na nas uwagę i rozpoznają ich.
- Nyśka, znasz to miasto, w końcu tu mieszkasz. Gdzie można spokojnie coś zjeść? Zaprowadzisz nas? - wpadłam na świetny pomysł.
- Jasne, że tak. Znam świetne miejsce, w którym nikt wam nie będzie przeszkadzał. - uśmiechnęłam się promiennie, zadowolona z moje planu. Kamil podszedł do mnie i szepnął na ucho.
- Nysia, co ty kombinujesz? - był tym na prawdę zainteresowany.
- Nic, po prostu mam świetny pomysł. To chodźcie za mną, tylko będę musiała wpaść szybko do sklepu. - Kamil już chyba się domyślił co zamierzam zrobić.
- Nie możemy pojechać samochodem? - wyjęczał Maciek.
- To strasznie blisko. Nie opłaca się wsiadać do samochodu. - zrobił niezadowoloną minę małego chłopca,  na co wszyscy zareagowali śmiechem. Podeszliśmy już pod sklep.
- Dobra to poczekajcie chwilę, zaraz wrócę.
- To ja pójdę z tobą. - zaproponował Kamil.
- No ok, to chodź. - kupiłam wszystkie produkty na zapiekankę z makaronem. Kamil jak to Kamil, od razu wziął ode mnie zakupy żebym nie dźwigała.
- Hej po co wam te siatki, przecież idziemy do jakiejś knajpki, no chyba, że macie zamiar sami coś tam ugotować. - powiedział Maciek i wybuchnął śmiechem.
- Coś w tym stylu.- wszyscy oprócz Kamila zrobili zdezorientowane miny. - Zapraszam do siebie. Mam dużo miejsca, więc  można to wykorzystać. Już po chwili weszliśmy do mnie do domu. Miałam dość duże mieszkanie jak dla jednej osoby. Dwa pokoje, salon, kuchnię i łazienkę. Nie wiem po co mi tak duża powierzchnia, jednak czynsz jest stosunkowo niski, więc opłacało się. Dziewczyny pomogły mi w zrobieniu zapiekanki, na szczęście mnie uprzedziły i zrobiłyśmy trzy duże półmiski. Wstawiłyśmy do piekarnika i poszłyśmy do chłopaków przed telewizor. Włączyli jakiś głupi film, nikt go nie oglądał, woleliśmy się wygłupiać. Jak zjedliśmy kolacje, musieliśmy się zbierać na koncert. Na miejscu było już wiele ludzi i mieliśmy problem z wejściem. Na szczęście ochroniarze dobrze sobie poradzili. Koncert był świetny. Bawiłam się znakomicie. Kamil rozdał autografy i dopiero po 12, tak na prawdę był koniec wszystkiego.

poniedziałek, 2 września 2013

Rozdział 19

Odwróciłam głowę i zamarłam.
- Co ty tu do cholery robisz? - wykrzyczałam mu w twarz.
- Ee ee... jadę na koncert, a ty? - zapytał zdziwiony Kamil.
- Wracam do domu, a co mam niby robić co? - dość, że tu siedzi to jeszcze zadaje takie popieprzone pytania. Szczerze to najchętniej bym mu walnęła.
- Dobra nie denerwuj się tak. Myślałem, że miałaś wracać dopiero za parę dni.
- Tak, ale chciałam już być szybciej w domu. - nie chciałam powiedzieć mu całej prawdy.
- To przeze mnie prawda? - zapytał smutno.
- To, że jesteś sławny i masz fanów, nie znaczy, że cały świat kręci się wokół ciebie. - znowu nie wytrzymałam i zaczęłam się na niego drzeć. Na szczęśćcie byliśmy tu sami.
- Nie Nysia, to nie tak. Ja wiem, że zachowałem się jak dupek. Potraktowałem cię strasznie, jakbym chciał tylko od ciebie seksu. Ale uwierz mi wcale tak nie było.
- A niby jak!? Sam mi powiedziałeś, że to będzie taki układ, tobie się zachce, przelecisz mnie i zapomnisz, ale tak dla twojej wiadomości inni mają uczucia! Tylko ty jesteś takim pieprzonym egoistą!
- Przecież sama się zgodziłaś, czyli też tego chciałaś. To nie jest tylko moja wina. - że co? Jak on tak może mówić? Nie wytrzymałam i uderzyłam go w twarz. Co za cham. Nawet nie wiem kiedy zaczęłam płakać. Podkuliłam nogi pod siebie i płakałam patrząc przez okno. Nie wiem ile tak siedziałam, jednak po jakimś czasie poczułam jak oplatają mnie jego ramiona. Próbowałam się mu wyrwać, ale na marne. Po chwili szarpaniny, nie miałam już sił i po prostu się w niego wtuliłam. Płakałam jak jakaś opętana. Siedzieliśmy i kołysaliśmy się w rytm kropli uderzających o okno w wagonie. Dosłownie jakieś dziesięć minut temu naszły ciemne chmury i zaczęło lać.
- Nysia... Nysia przepraszam. Jestem ostatnim kretynem. Jak ja mogłem cię tak potraktować, przecież ty jesteś najwspanialszą dziewczyną na świecie. Uwierz mi, że nie pragnę niczego innego, tylko tego żebyś mi wybaczyła. Nysia ja... ja... ja po prostu chciałem mieć cię bliżej siebie, nie ważne w jaki sposób i w jakiej sytuacji. Pragnąłem cię, jak nikogo innego w całym moim życiu. Nie wiem jak to się stało, ale...  ale zakochałem się w tobie. - ostatnie słowa wypowiedział niemal szeptem.
- Kamil nie mów tak. To nie prawda, mówisz to tylko żeby mnie pocieszyć. Proszę przestań. - nie wierzyłam w jego słowa, bo to wszystko co powiedział przypominało mi raczej moje życie. To ja zgadzałam się na wszystko tylko po to by móc przez chwilę się do niego zbliżyć.
- Nyśka, musisz mi uwierzyć.
- Nie Kamil, ty mnie nie kochasz. - po tych słowach Kamil się wkurzył. Widziałam frustrację malującą się na jego twarzy. Wziął moją twarz w obie dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Natalio kocham cię! Nigdy nie kochałem nikogo tak jak ciebie. Nie wiem jak to się stało, że  w tak krótkim czasie pokochałem cie, ale stało się. Przepraszam. - te słowa zrobiły na mnie ogromne znaczenie i nie wiem co wpłynęło na mnie, ale dosłownie rzuciłam  się na niego. Zaczęłam go całować. Kamil na początku był zdezorientowany, jednak już po chwili odwzajemnił pocałunek ze zdwojoną siłą. W pewnym momencie nieco przeholowaliśmy i w tym momencie wszedł konduktor. Odskoczyliśmy od siebie i cali się zaczerwieniliśmy.
- To nie hotel. Proszę zachowywać się jak należy. - powiedział surowym tonem i zaczął wychodzić, jednak gdy miał zamknąć już drzwi przypomniał sobie po co tu przyszedł. Chyba nasz widok go trochę wytrącił z równowagi. - Proszę pokazać bilety do kontroli. - próbował być bardziej uprzejmym. Pokazaliśmy bilety, wszystko ok. Chociaż zdaje mi się, że miał nadzieję, że nas złapie na tym, że jedziemy na gapę. To się  biedak pomylił. Zaczęliśmy się śmiać. Chyba Kamil myślał o tym samym co ja.
- Kamil co teraz będzie?
- Nie wiem Nysia, ale wiem jedno, że chcę być przy tobie, być z tobą. - uśmiechnął się oszałamiająco.
- Skąd ja mogę być pewna, że teraz mówisz prawdę, skoro jeszcze parę dni temu przyjaźniłeś się ze mną tylko dla seksu? - nie wiem czy kiedykolwiek o tym zapomnę.
- Nyśka, to nie tak. Gdy pierwszy raz zostałaś u mnie na noc jak się upiliśmy i kochaliśmy się, ja... ja się właśnie wtedy w tobie zakochałem. Pokochałem każdą najmniejszą cząstkę ciebie. Już wcześniej nie rozumiałem dlaczego tak mnie do ciebie ciągnie, ale wtedy zrozumiałem jak jest na prawdę. Potem zachowałem się jak idiota i wyskoczyłem z tym głupim układem. Tak na prawdę po prostu chciałem być z tobą. Błagam uwierz mi. Mogę nawet paść na kolana. - mówiąc to nie czekał na odpowiedź, tylko uklęknął przede mną i zaczął  prosić. - Nysia, proszę wybacz mi. Proszę, nigdy nie zrobiłem większej głupoty. Wybaczysz mi? - zrobił duże oczy i uśmiechnął się słodko.
- Pewnie głupolu, ale wstań już i więcej tak nie rób. Nie lubię jak ktoś się tak zachowuje wobec mnie. Lepiej mnie przytul. - wstał uśmiechnięty i przytulił mnie o mało co mnie nie dusząc.  Dojechaliśmy do Gorzowa w miłej atmosferze. Przytulaliśmy się, całowaliśmy, jednak pamiętaliśmy, że jesteśmy w miejscu publicznym więc mieliśmy się na baczności. Ustaliliśmy, że na razie nie będziemy razem, po prostu będziemy się spotykać, rozmawiać, tak jakbyśmy byli przyjaciółmi. Znamy się dopiero zaledwie tydzień i musimy się lepiej poznać.
Wysiedliśmy z pociągu o 16:35.
- To co teraz? -zapytałam nie wiedząc jak to teraz zrobimy.
 - Hmmm jest już przed siedemnastą i za jakieś pół godziny mam próbę, więc muszę tam niedługo dotrzeć. Ty pewnie chciałabyś iść do domu. - powiedział smutno.
- Dobra to zróbmy tak: pójdziemy teraz do mnie, to tylko kawałek drogi stąd, a potem pójdziemy na tą twoją próbę. Może tak  być?

- No pewnie. To choć idziemy do ciebie. - już po jakimś czasie byliśmy u mnie szybko się przebrałam i poszliśmy na próbę.