Dla mnie świat się zawalił. Nie potrafię myśleć o niczym innym. Ciągle mam przed oczami najgorsze. Nie pragnę niczego innego, niż to żeby było dobrze. Żeby nasze maleństwo wyzdrowiało, żeby było z nami już zawsze. Spędzaliśmy w szpitalu cały czas. W ogóle nie chciałam wracać do domu, ale Kamil martwił się o mnie i był bardzo stanowczy, dlatego co wieczór wracałam do domu, ale to i tak nic nie dało bo nie mogłam zasnąć. Bałam się, że pod naszą nieobecność coś się stanie. Lekarze przez ostatni miesiąc, starali się jak mogli. Robili wiele badań, ściągali specjalistów, jednak nie obiecywali, że będzie dobrze. Twierdzili, że wszystko się może stać. Kamil już całkowicie zrezygnował z koncertów. Fani na szczęście to zrozumieli i wspierali nas w tej trudnej dla nas sytuacji. Oczywiście nie obyło się bez wielu artykułów w gazetach i internecie, czy natarczywego nękania nas pod szpitalem, jednak po jakimś czasie dali nam spokój. Widocznie mieli chociaż na tyle serca, że przestali nas nagabywać. To dla nas i tak było wystarczająco trudne.
Była okropna pogoda na zewnątrz, nic dziwnego skoro jest już początek października. Udało mi się na chwilę przysnąć, ale już po chwili obudziłam się przerażona, bo usłyszałam dźwięk mojego telefonu. Kamil także od razu się zerwał i spoglądał na mnie szeroko otwartymi oczyma, gdy ja rozmawiałam przez telefon coraz bardziej roztrzęsiona. Gdy skończyłam rozmawiać, spojrzałam na Kamila i powiedziałam głosem wypranym z całkowitych emocji:
- Lekarze powiedzieli, że są bezradni i Kacperek może w każdej chwili... - nie wytrzymałam i się rozpłakałam. Kamil chciał mnie przytulić, lecz ja odepchnęłam go.
- Nasze dziecko właśnie umiera, a ty chcesz mnie pocieszać? - wypowiedziałam to z taką złością, aż sama się siebie przestraszyłam. Kamil nie odpowiedział nic, tylko także wstał i szybko się ubrał. Jechaliśmy do szpitala w zupełniej ciszy, przerywanej tylko moim płaczem. Łzy same ciekły mi po twarzy, nawet nie próbowałam ich powstrzymać, bo wiem, że na nic by się to zdało. Wbiegliśmy do szpitala i od razu pokierowaliśmy się do sali Kacperka. Po drodze Kamil złapał mnie za rękę, by dodać mnie i sobie otuchy. Doszliśmy pod jego salę i stanęliśmy jak wryci. Nie wiedzieliśmy co nas czeka. Czy w ogóle jeszcze coś nas czeka. Starałam się jakoś opanować i ostrożnie nacisnęłam klamkę i uchyliłam drzwi. Gdy zobaczyłam nasze maleństwo w łóżeczku podpięte do różnych urządzeń to do razu do niego podbiegłam. Widziałam, że jest coraz gorzej i że nie mamy już czasu. Kacperek już nawet sam nie oddychał. Na jego widok ścisnęło mi się serce. Przylgnęłam do Kamila, oboje płakaliśmy. Złapaliśmy naszego synka za rączkę i tak spędziliśmy z nim ostanie chwile. Na naszych oczach wydarzyło się coś najgorszego w naszym życiu. Nasze dziecko zmarło. Jego malutkie serduszko stanęło dokładnie o trzeciej nad ranem. Spędziliśmy z nim zaledwie godzinę. Jak to się w ogóle mogło wydarzyć? To było jeszcze maleństwo, nie zdążyło niczego jeszcze przeżyć, cieszyć się z życia i już nigdy nie będzie dane mu tego zrobić. Nie zacznie raczkować, nie wypowie swojego pierwszego słowa. Nie będzie mógł podziwiać Kamila na koncertach, nie będzie nawet miał możliwości wyboru drogi własnego życia, bo już go nie ma. A z nim odeszła większa część mnie. Bez niego nie będzie już tak samo. Pokochałam go całą sobą. Dlaczego to musiało się zdarzyć właśnie nam? Przecież nie zrobiliśmy nic złego.
- Boże dlaczego nas tak ukarałeś? - wypowiadałam to pytanie co chwila w myślach.
Dla mnie nie ma już życia. To było moje dziecko, moje i Kamila. Tak na prawdę to on nas połączył w jedność. Dopiero przy Kacperku zrozumieliśmy, że jesteśmy dla siebie najważniejsi.
- Idźcie do domu. - powiedział do nas smutnym głosem lekarz, ale w ogóle nie docierało do mnie znaczenie tych słów. Nie wiem jakim sposobem znalazłam się w domu, pamiętam tylko, jak nie mogłam wyjść z sali malutkiego, jakby moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Awanturowałam się z każdym kto chciał mi zabrać Kacperka. Trzymałam go w silnym uścisku. Nic do mnie nie docierało. Nie mogłam go po prostu tak zostawić. Gdy pomyślałam, że już niedługo jego małe ciałko zostanie zamknięte w drewnianej skrzyni moje serce przestało na moment bić. Nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli dlatego wypierałam ją z siebie. Mówiłam do Kacperka, przytulałam go, całowałam. Dzięki temu czułam choć troszkę że tak do końca nie odszedł. Nie wiem w jaki sposób mi go odebrali, ale wiedziałam jedno, że Kamil pomógł im mi go zabrać i za to tak strasznie go znienawidziłam. Jak on mógł? - pytałam sama siebie, jednak nie potrafiłam sobie odpowiedzieć.
OCZAMI KAMILA:
Nie mogłem znieść widoku Nysi z naszym martwym synkiem na rękach. Zachowywała się jakby oszalała. Widziałem, że robi wszystko, byle nie dopuścić do siebie myśli, że Kacperek na prawdę umarł. Ten widok był straszny, jeszcze bardziej mnie załamywał. Sam nie potrafiłem powstrzymać płaczu. Nie obchodziło mnie nic prócz tego, że mój synek zmarł i że moja ukochana dziewczyna cierpi bardziej niż ja. Tak bardzo go pokochała. Był jej oczkiem w głowie. Traktowała go jakby sama go urodziła. Przez cały czas okazywała mu tyle dobroci ile tylko mogła. Stałem przed salą i tępo wpatrywałem się w nich. Chyba nigdy nie zapomnę tego widoku, już całe życie będzie mnie ten obraz dręczył. Tak bardzo żałuję, że nic nie mogłem zrobić. Nie mogłem w ogóle pomóc. Na nic się zdała moja sława, pieniądze. Mogłem tylko stać i przyglądać się bezczynnie jak moje dziecko umierało, a wraz z nim uchodzi całe życie z mojej ukochanej Nysi. Ta bezczynność była najgorsza. Nic nie mogłem zrobić. To było straszne. Tak bardzo bolało, czułem że moje serce pękło i nie wiem czy kiedykolwiek będzie w stanie coś je połączyć w całość.
Nie mogłem wytrzymać już tego widoku i sam pomogłem lekarzom wyswobodzić martwe ciało Kacperka z objęć Natalii. Wrzeszczała, kopała, biła każdego, kto stał koło niej. Gdy spojrzałem na ból w jej oczach, gdy widziała jak zabierają Kacperka z sali miałem ochotę oddać go jej w ramiona byle tylko nie była taka przerażona. Pozwoliłem by cierpiała jeszcze bardziej, ale wiem, że musiałem to zrobić. To i tak by musiało nastąpić. Musimy się z tym pogodzić. Tylko to jest cholernie trudne, gdy nie wiesz za co spotyka cię tak straszna kara. Czy na prawdę byłem takim złym człowiekiem? Nawet jeśli tak to czy nie mogłeś Boże ukarać tylko mnie? Dlaczego ukarałeś osoby które tak bardzo kocham? Co one ci złego zrobiły? Jak takie maleństwo mogło zgrzeszyć? Skoro było samym szczęściem? Powiedz Boże dlaczego?
Zabrałem Nysię do domu. Lekarze dali jej dużą dawkę środków uspokajających, dlatego się uspokoiła. Ale widok jej mnie przerażał. Szła jakby otępiała, oczy miała przeszyte bólem. Widać było, że cierpi, ale najgorsze było to że całkowicie mnie odtrąciła. Na mój dotyk reagowała wzdrygnięciem, jakby to było dla niej straszne że ją dotykam. Jak w amoku poszła do pokoju Kacperka, usiadła na fotelu w którym zawsze go usypiała i cicho łkając przytuliła do siebie misia, który leżał w łóżeczku małego. Nie mogłem do niej dotrzeć, mówiłem do niej, ale w ogóle nie reagowała. Siedziała ciągle w tej samej pozycji. Nie mogłem dłużej znieść tego widoku i wyszedłem na balkon. Paliłem jednego papierosa za drugim. Dopiero gdy nie miałem już co palić, poszedłem zobaczyć co z Nysią. Miała zamknięte oczy, pomyślałem, że śpi i chciałem ją przenieść do naszego pokoju, lecz gdy tylko ją dotknąłem zaczęła histerycznie krzyczeć, a jej twarz od razu zalała się potokiem łez. Gdy zamknąłem za sobą drzwi, to dopiero wtedy się uspokoiła. Czułem straszny ból, dlaczego ona tak się zachowuje? Przecież nie zrobiłem jej nic złego. To było także moje dziecko i ja też cierpię. Czy ona tego nie widzi?
Kolejne dni mijały podobnie. Nyśka w ogóle się do mnie nie odzywała, ciągle płakała, prawie nic nie jadła. Cały czas spędzała w pokoju Kacperka. Siedziała tam, już nawet nie płakała. Chociaż wolałbym żeby płakała, bo miałem pewność że coś czuje, że żyje, a jak teraz tak siedzi i wyglądem przypomina swój własny cień to boję się o nią jeszcze bardziej. Gdy nadszedł dzień pogrzebu, ubrała się na czarno i pojechała ze mną do kościoła. Gdy ksiądz przemawiał nie byłem w stanie go słuchać. Spoglądałem przed siebie na zamkniętą małą trumienkę. Nie mogłem znieść myśli, że tam leży nasze dziecko. Popłakałem się i nie mogłem przestać. Kornela ścisnęła mnie za rękę dla pocieszenie, chociaż sama nie była w lepszym stanie. Cała moja rodzina przeżywała to razem z nami. Próbowali nam pomóc, ale nie wiedzieli co mogliby zrobić. W takiej sytuacji ciężko jest zrobić cokolwiek.
W pewnym momencie Nyśka wstała i podbiegła do trumny. Próbowała ją otworzyć jednak ta była szczelnie zamknięta. Gdy opadła już z sił przytuliła się do chłodnej powierzchni drewna i zaczęła szlochać. Nawet ksiądz był przerażony jej zachowaniem. Podszedłem do niej oniemiały i wręcz siłą ja stamtąd odciągnąłem. Wtuliła się we mnie z braku sił i pogrążyła się w rozpaczy. Pogrzeb dobiegł końca, a Nyśka dalej płakała. Nie mogliśmy jej uspokoić. Wróciliśmy do domu, ona poszła znowu do pokoju Kacperka. Myślałem, że nie wyjdzie stamtąd do późnego wieczora, jednak Natalia wyszła po chwili i stanęła przede mną.
- To koniec, proszę wyprowadź się. - stałem oniemiały. Nie rozumiałem o co jej chodzi. Próbowałem z nią porozmawiać, ale w ogóle mnie nie słuchała. Jak chciałem ją dotknąć znowu wpadała w panikę. Nie mogłem zrobić nic innego, jak to o co mnie prosiła. Jeśli to ma jej pomóc to jestem w stanie się wyprowadzić na jakiś czas. Wziąłem swoje wszystkie rzeczy i przed wyjściem wszedłem do pokoju Kacperka. Spojrzałem na nią i bałem się, że się zaraz rozpłaczę.
- Kocham cię. - zdawała się w ogóle nie słyszeć moich słów. Zamknąłem cicho pokój i wyszedłem z mieszkania.
Trochę się rozpisałam i muszę się przyznać, że pisząc płakałam jak głupia. Nie wiem czy wam się to spodoba, mam nadzieję, że tak. Proszę napiszcie szczere opinie, bardzo mnie to cieszy gdy widzę, że pod rozdziałem są komentarze.
Dzisiaj na smutno, ale pamiętajcie, że najpierw musi być deszcz żeby mogło wyjść słonko :)
Była okropna pogoda na zewnątrz, nic dziwnego skoro jest już początek października. Udało mi się na chwilę przysnąć, ale już po chwili obudziłam się przerażona, bo usłyszałam dźwięk mojego telefonu. Kamil także od razu się zerwał i spoglądał na mnie szeroko otwartymi oczyma, gdy ja rozmawiałam przez telefon coraz bardziej roztrzęsiona. Gdy skończyłam rozmawiać, spojrzałam na Kamila i powiedziałam głosem wypranym z całkowitych emocji:
- Lekarze powiedzieli, że są bezradni i Kacperek może w każdej chwili... - nie wytrzymałam i się rozpłakałam. Kamil chciał mnie przytulić, lecz ja odepchnęłam go.
- Nasze dziecko właśnie umiera, a ty chcesz mnie pocieszać? - wypowiedziałam to z taką złością, aż sama się siebie przestraszyłam. Kamil nie odpowiedział nic, tylko także wstał i szybko się ubrał. Jechaliśmy do szpitala w zupełniej ciszy, przerywanej tylko moim płaczem. Łzy same ciekły mi po twarzy, nawet nie próbowałam ich powstrzymać, bo wiem, że na nic by się to zdało. Wbiegliśmy do szpitala i od razu pokierowaliśmy się do sali Kacperka. Po drodze Kamil złapał mnie za rękę, by dodać mnie i sobie otuchy. Doszliśmy pod jego salę i stanęliśmy jak wryci. Nie wiedzieliśmy co nas czeka. Czy w ogóle jeszcze coś nas czeka. Starałam się jakoś opanować i ostrożnie nacisnęłam klamkę i uchyliłam drzwi. Gdy zobaczyłam nasze maleństwo w łóżeczku podpięte do różnych urządzeń to do razu do niego podbiegłam. Widziałam, że jest coraz gorzej i że nie mamy już czasu. Kacperek już nawet sam nie oddychał. Na jego widok ścisnęło mi się serce. Przylgnęłam do Kamila, oboje płakaliśmy. Złapaliśmy naszego synka za rączkę i tak spędziliśmy z nim ostanie chwile. Na naszych oczach wydarzyło się coś najgorszego w naszym życiu. Nasze dziecko zmarło. Jego malutkie serduszko stanęło dokładnie o trzeciej nad ranem. Spędziliśmy z nim zaledwie godzinę. Jak to się w ogóle mogło wydarzyć? To było jeszcze maleństwo, nie zdążyło niczego jeszcze przeżyć, cieszyć się z życia i już nigdy nie będzie dane mu tego zrobić. Nie zacznie raczkować, nie wypowie swojego pierwszego słowa. Nie będzie mógł podziwiać Kamila na koncertach, nie będzie nawet miał możliwości wyboru drogi własnego życia, bo już go nie ma. A z nim odeszła większa część mnie. Bez niego nie będzie już tak samo. Pokochałam go całą sobą. Dlaczego to musiało się zdarzyć właśnie nam? Przecież nie zrobiliśmy nic złego.
- Boże dlaczego nas tak ukarałeś? - wypowiadałam to pytanie co chwila w myślach.
Dla mnie nie ma już życia. To było moje dziecko, moje i Kamila. Tak na prawdę to on nas połączył w jedność. Dopiero przy Kacperku zrozumieliśmy, że jesteśmy dla siebie najważniejsi.
- Idźcie do domu. - powiedział do nas smutnym głosem lekarz, ale w ogóle nie docierało do mnie znaczenie tych słów. Nie wiem jakim sposobem znalazłam się w domu, pamiętam tylko, jak nie mogłam wyjść z sali malutkiego, jakby moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Awanturowałam się z każdym kto chciał mi zabrać Kacperka. Trzymałam go w silnym uścisku. Nic do mnie nie docierało. Nie mogłam go po prostu tak zostawić. Gdy pomyślałam, że już niedługo jego małe ciałko zostanie zamknięte w drewnianej skrzyni moje serce przestało na moment bić. Nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli dlatego wypierałam ją z siebie. Mówiłam do Kacperka, przytulałam go, całowałam. Dzięki temu czułam choć troszkę że tak do końca nie odszedł. Nie wiem w jaki sposób mi go odebrali, ale wiedziałam jedno, że Kamil pomógł im mi go zabrać i za to tak strasznie go znienawidziłam. Jak on mógł? - pytałam sama siebie, jednak nie potrafiłam sobie odpowiedzieć.
OCZAMI KAMILA:
Nie mogłem znieść widoku Nysi z naszym martwym synkiem na rękach. Zachowywała się jakby oszalała. Widziałem, że robi wszystko, byle nie dopuścić do siebie myśli, że Kacperek na prawdę umarł. Ten widok był straszny, jeszcze bardziej mnie załamywał. Sam nie potrafiłem powstrzymać płaczu. Nie obchodziło mnie nic prócz tego, że mój synek zmarł i że moja ukochana dziewczyna cierpi bardziej niż ja. Tak bardzo go pokochała. Był jej oczkiem w głowie. Traktowała go jakby sama go urodziła. Przez cały czas okazywała mu tyle dobroci ile tylko mogła. Stałem przed salą i tępo wpatrywałem się w nich. Chyba nigdy nie zapomnę tego widoku, już całe życie będzie mnie ten obraz dręczył. Tak bardzo żałuję, że nic nie mogłem zrobić. Nie mogłem w ogóle pomóc. Na nic się zdała moja sława, pieniądze. Mogłem tylko stać i przyglądać się bezczynnie jak moje dziecko umierało, a wraz z nim uchodzi całe życie z mojej ukochanej Nysi. Ta bezczynność była najgorsza. Nic nie mogłem zrobić. To było straszne. Tak bardzo bolało, czułem że moje serce pękło i nie wiem czy kiedykolwiek będzie w stanie coś je połączyć w całość.
Nie mogłem wytrzymać już tego widoku i sam pomogłem lekarzom wyswobodzić martwe ciało Kacperka z objęć Natalii. Wrzeszczała, kopała, biła każdego, kto stał koło niej. Gdy spojrzałem na ból w jej oczach, gdy widziała jak zabierają Kacperka z sali miałem ochotę oddać go jej w ramiona byle tylko nie była taka przerażona. Pozwoliłem by cierpiała jeszcze bardziej, ale wiem, że musiałem to zrobić. To i tak by musiało nastąpić. Musimy się z tym pogodzić. Tylko to jest cholernie trudne, gdy nie wiesz za co spotyka cię tak straszna kara. Czy na prawdę byłem takim złym człowiekiem? Nawet jeśli tak to czy nie mogłeś Boże ukarać tylko mnie? Dlaczego ukarałeś osoby które tak bardzo kocham? Co one ci złego zrobiły? Jak takie maleństwo mogło zgrzeszyć? Skoro było samym szczęściem? Powiedz Boże dlaczego?
Zabrałem Nysię do domu. Lekarze dali jej dużą dawkę środków uspokajających, dlatego się uspokoiła. Ale widok jej mnie przerażał. Szła jakby otępiała, oczy miała przeszyte bólem. Widać było, że cierpi, ale najgorsze było to że całkowicie mnie odtrąciła. Na mój dotyk reagowała wzdrygnięciem, jakby to było dla niej straszne że ją dotykam. Jak w amoku poszła do pokoju Kacperka, usiadła na fotelu w którym zawsze go usypiała i cicho łkając przytuliła do siebie misia, który leżał w łóżeczku małego. Nie mogłem do niej dotrzeć, mówiłem do niej, ale w ogóle nie reagowała. Siedziała ciągle w tej samej pozycji. Nie mogłem dłużej znieść tego widoku i wyszedłem na balkon. Paliłem jednego papierosa za drugim. Dopiero gdy nie miałem już co palić, poszedłem zobaczyć co z Nysią. Miała zamknięte oczy, pomyślałem, że śpi i chciałem ją przenieść do naszego pokoju, lecz gdy tylko ją dotknąłem zaczęła histerycznie krzyczeć, a jej twarz od razu zalała się potokiem łez. Gdy zamknąłem za sobą drzwi, to dopiero wtedy się uspokoiła. Czułem straszny ból, dlaczego ona tak się zachowuje? Przecież nie zrobiłem jej nic złego. To było także moje dziecko i ja też cierpię. Czy ona tego nie widzi?
Kolejne dni mijały podobnie. Nyśka w ogóle się do mnie nie odzywała, ciągle płakała, prawie nic nie jadła. Cały czas spędzała w pokoju Kacperka. Siedziała tam, już nawet nie płakała. Chociaż wolałbym żeby płakała, bo miałem pewność że coś czuje, że żyje, a jak teraz tak siedzi i wyglądem przypomina swój własny cień to boję się o nią jeszcze bardziej. Gdy nadszedł dzień pogrzebu, ubrała się na czarno i pojechała ze mną do kościoła. Gdy ksiądz przemawiał nie byłem w stanie go słuchać. Spoglądałem przed siebie na zamkniętą małą trumienkę. Nie mogłem znieść myśli, że tam leży nasze dziecko. Popłakałem się i nie mogłem przestać. Kornela ścisnęła mnie za rękę dla pocieszenie, chociaż sama nie była w lepszym stanie. Cała moja rodzina przeżywała to razem z nami. Próbowali nam pomóc, ale nie wiedzieli co mogliby zrobić. W takiej sytuacji ciężko jest zrobić cokolwiek.
W pewnym momencie Nyśka wstała i podbiegła do trumny. Próbowała ją otworzyć jednak ta była szczelnie zamknięta. Gdy opadła już z sił przytuliła się do chłodnej powierzchni drewna i zaczęła szlochać. Nawet ksiądz był przerażony jej zachowaniem. Podszedłem do niej oniemiały i wręcz siłą ja stamtąd odciągnąłem. Wtuliła się we mnie z braku sił i pogrążyła się w rozpaczy. Pogrzeb dobiegł końca, a Nyśka dalej płakała. Nie mogliśmy jej uspokoić. Wróciliśmy do domu, ona poszła znowu do pokoju Kacperka. Myślałem, że nie wyjdzie stamtąd do późnego wieczora, jednak Natalia wyszła po chwili i stanęła przede mną.
- To koniec, proszę wyprowadź się. - stałem oniemiały. Nie rozumiałem o co jej chodzi. Próbowałem z nią porozmawiać, ale w ogóle mnie nie słuchała. Jak chciałem ją dotknąć znowu wpadała w panikę. Nie mogłem zrobić nic innego, jak to o co mnie prosiła. Jeśli to ma jej pomóc to jestem w stanie się wyprowadzić na jakiś czas. Wziąłem swoje wszystkie rzeczy i przed wyjściem wszedłem do pokoju Kacperka. Spojrzałem na nią i bałem się, że się zaraz rozpłaczę.
- Kocham cię. - zdawała się w ogóle nie słyszeć moich słów. Zamknąłem cicho pokój i wyszedłem z mieszkania.
Trochę się rozpisałam i muszę się przyznać, że pisząc płakałam jak głupia. Nie wiem czy wam się to spodoba, mam nadzieję, że tak. Proszę napiszcie szczere opinie, bardzo mnie to cieszy gdy widzę, że pod rozdziałem są komentarze.
Dzisiaj na smutno, ale pamiętajcie, że najpierw musi być deszcz żeby mogło wyjść słonko :)