czwartek, 31 października 2013

Rozdział 34

Na wstępie chciałabym was bardzo przeprosić, że tak długo nic nie dodawałam, ale szkoła pochłania większość mojego czasu. Lubię dla was pisać, ale już nie mam na to czasu. Przykro mi, bo to już ostatni rozdział. Nie gniewajcie się :)
Miłego czytania.

Jak ten czas szybko minął. Został mi już tylko tydzień do porodu. Czuję się jak wielka kula, bo jak chodzę to czuję jakbym się toczyła. Wolę nie sprawdzać ile przytyłam, ale mimo tego wszystkiego jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. Z Kamilem odkąd się pogodziliśmy, jest idealnie. Stara się być przy mnie w każdej chwili, już miesiąc temu zakończył koncertowanie na nieokreślony czas. Powiedział, że musi być przy mnie, gdyby nasze maleństwo chciało by być szybciej na świecie. Kamil kupił bardzo ładny domek z ogródkiem  na obrzeżach miasta. Wszystko było idealne, no może prawie wszystko. Niestety mój szef Marcin okazał się obleśnym typem. Już po tygodniu mojej pracy tam zaczął się do mnie dobierać. Na szczęście Kamil pomógł mi tą sprawę załatwić. Na początku mocno się tym przejmowałam, ale teraz już wcale o tym nie myślę.
Spoglądam na Kamila z uśmiechem na twarzy, który próbuje połączyć pojedyncze deski w całość. Ubzdurał sobie, że zrobi naszemu dziecku domek na drzewie o jakim można sobie tylko pomarzyć.
- Kochanie, jeśli uważasz, że w jakikolwiek sposób sobie z tym poradzisz, to muszę ci powiedzieć, że ja i tak nie wpuszczę tam naszego maleństwa. Masz w ogóle pojęcie co robisz? - zapytałam ze śmiechem. To było takie słodkie, gdy tak bardzo się starał.
- Nysia skarbie, jeszcze nie znasz moich możliwości. - uśmiechnął się łobuzersko, tak jak lubiłam najbardziej.
- Kamilku ja wiem, że jesteś zdolnym człowiekiem, ale może nie  w tej dziedzinie co? - jak ja lubię się z nim droczyć.
- Śmiej się, śmiej, ale jeszcze będziesz chciała wejść ze mną i naszym synkiem do tego domku, to wtedy ci przypomnę twoje słowa i cię nie wpuścimy.
- Hm... zobaczymy... a skąd wiesz, że to będzie chłopiec? - ustaliliśmy  z Kamilem, że płeć dziecka poznamy dopiero gdy się urodzi. Chcieliśmy mieć niespodziankę. Wiele razy korciło mnie, żeby zapytać lekarza, ale obiecałam Kamilowi, że tego nie zrobię i jakimś cudem wytrzymałam.
- Mam przeczucie, a Kamil Bednarek nigdy się nie myli. - wypiął dumnie pierś do przodu, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Poczułam delikatny ból, zignorowałam to. Często miałam takie delikatne bóle, jednak tym razem było inaczej. Ból się nasilał i do tego doszły skurcze. Poczułam, że to już ten czas.
- Chyba zaraz się dowiemy czy się nie mylisz.  - wysapałam z zaciśniętymi zębami.  Kamil spoglądał na mnie szeroko otwartymi oczyma.
- Nyśka, nie żartuj sobie. To nie jest śmieszne. - spojrzał na mnie karcąco i zabrał się z powrotem do pracy.
- KAMIL JA RODZĘ!  - wydarłam się na niego i o mało co się nie popłakałam z bólu. Podbiegł do mnie szybko i spojrzał na mnie jakby nie wiedział co ma robić.
- Już kochanie, zaraz cię zabiorę do szpitala. - widziałam, że jest przerażony, zresztą nie tylko on.
- Torba jest pod łóżkiem. - od razu pobiegł po nią i wrócił po mnie pędem. Pomógł mi dojść do samochodu i już po chwili byliśmy w drodze do szpitala. Kilka razy krzyczałam jak głupia, a Kamil za każdym razem się wzdrygał. Był bardziej przejęty niż ja. Szkoda mi go było i bym go pocieszyła gdyby nie narastający ból. W szpitalu od razu zabrali mnie na porodówkę. Kamil został przed salą. Już wcześniej ustaliliśmy, że nie będzie mi towarzyszył przy porodzie. Wiedziałam, że gdybym tylko chciała zgodziłby się, ale nie chciałam go dodatkowo stresować. Na sali porodowej najważniejsza jest kobieta w ciąży nie facet. Poród był bardzo męczący.
- Ma pani śliczną córeczkę. - te słowa były ukojeniem na każdy ból. W tej chwili nie mogłam być bardziej szczęśliwa. Położna podała mi moje maleństwo. To było wspaniałe uczucie. Móc ja tulić w ramionach. Niby czułam ją w sobie, ale teraz jest ze mną i to jest jeszcze piękniejsze. Po jakimś czasie byłam już  w normalnej sali i czekałam na moje maleństwo. Po chwili Kamil wszedł do sali z pięknymi kwiatami. Byłam zaskoczona, ale też bardzo szczęśliwa.
- Dziękuję kochanie. - wyszeptałam przez łzy wzruszenia.
- Nysia, to ja ci dziękuję.
- Za co? - nie wiedziałam co mu chodzi po głowie.
- Jak to za co? Za to maleństwo, które przyszło na świat.
- Ty też miałeś w tym udział.- puściłam mu oczko. W tej samej chwili otworzyły się drzwi i weszła pielęgniarka  z nasza córeczką na rękach.
- Moje kochane dzieciątko. - wyszeptał Kamil i wziął małą na ręce. Widziałam, że się bał, ale chęć przytulenia dziecka była większa niż strach.
- Jak ją nazwiemy? - zapytałam po dłuższej chwili milczenia.
- Hm... co powiesz na Tosia? - powiedział Kamil z zadowoleniem.
- Tosia? Ślicznie, a na drugie może być Anastazja? - bardzo mi się podobało to imię i chyba pasuje do Tosi.
- No pewnie, że tak. Nasza kochana Tosia Anastazja Bednarek. - jak to pięknie brzmiało. Nigdy nie byłam bardziej szczęśliwa. Siedzieliśmy jakiś czas w milczeniu i spoglądaliśmy na Tosię jak zasypia w ramionach
Kamila.
- Ktoś tu mówił, że Kamil Bednarek nigdy się nie myli.  - wypomniał mu jak się dzisiaj przechwalał.
- Nysia, to była mała pomyłka. Tak w głębi serca czułem, że to będzie dziewczynka. - uśmiechnął się zabójczo.
- Coś czuję, że jak dorośnie to będzie miała z tobą ciężko. - westchnęłam ciężko na myśl co ją czeka.
- Będę najlepszym ojcem na świecie. -powiedział dumnie.
- W to nie wątpię, ale będziesz ojcem który będzie odpędzał od niej każdego chłopaka.
- Nie każdego, tyko tych co mi nie będą odpowiadać. -pomyślał chwilę.- W sumie można powiedzieć, że wszystkich. - spojrzał na nią   z ogromną miłością, a potem spojrzał na mnie.
- Kocham was. - szepnął i cmoknął w nosek Tosię, a potem pocałował mnie.



Dziękuję wam bardzo, że w ogóle czytaliście tego bloga. Przykro mi, że to już koniec, ale tak będzie lepiej. Nie chcę zawieszać, bo nie wiem za ile był wróciła do pisania. Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie i nie będziecie źli.
Uwielbiam was i jeszcze raz dziękuję za wszystko.
Może jeszcze kiedyś zacznę pisać coś nowego :) Ale teraz polecam bloga Olki - założycielki tego bloga- http://fly-away-with-you.blogspot.com/.
Pozdrawiam :) i proszę o wiele komentarzy pod tym rozdziałem tak na miłe zakończenie także dla mnie :)

sobota, 19 października 2013

Rozdział 33

Minęło pół godziny i do salony weszli Kamil z Kondziem. Myślałam, że padnę. Kurcze mogłam się domyśleć, że korzystają z usług tego salonu. Wymusiłam na sobie uśmiech, w końcu to mój pierwszy dzień muszę dać z siebie wszystko. Widziałam, że oni byli równie zdziwieni jak ja.
- Witam panów. W czym mogę pomóc? - pomyślałam, że lepiej będzie jak będę udawać, że to zwykli klienci.
- Prosilibyśmy o dokręcenie dredów. - odpowiedział miło Kamil. Bardzo dobrze, że też udaje, że mnie nie zna. Co innego Kondzio, ten to zawsze nic nie ogarnia. Podszedł do mnie i mocno przytulił. Wszyscy gapili się na nas jak na głupich. Na szczęście Kamil odciągnął ode mnie swojego brata i uśmiechnął się szeroko.
- Przepraszam panią bardzo za brata, ale gdy biedaczek widzi piękną kobietę to wariuje. Mam nadzieję, że się pani nie gniewa. - spojrzał na mnie maślanymi oczami, przez co się zaczerwieniłam.
- Nie no skądże, nic się nie stało, a teraz zapraszam pierwszego z panów na fotel. - pierwszy usiadł Kamil, bo Kondzio się na mnie obraził, że tak się zachowałam. Będę musiała z nim pogadać. Szkoda mi go, jak widzę, że jest smutny. Marcin ucieszył się, że opanowałam tą sytuację i odszedł kawałek dalej. Widziałam, że co jakiś czas zerka czy sobie radzę. Kamil siedział przerażony i czekał aż zacznę.
- Nysia, ty w ogóle umiesz to robić? Błagam nie popsuj mi dredów.- szepnął zdenerwowany.
- To się okaże. -uśmiechnęłam się chytrze i wzięłam się do pracy. Tak na prawdę nie miałam dużo pracy. Kamil jak zobaczył, że znam się na rzeczy, odprężył się i zaczął nucić coś pod nosem. Nawet Kondzio przestał strzelać focha i podszedł do nas niby to patrzeć jak dokręcam dredy Kamilowi. Zaczął do mnie szeptać.
- Czemu udajesz, że nas nie znasz? - starał się mówić cicho, mam nadzieję, że nikt nic nie usłyszał.
- To mój pierwszy dzień tutaj. Jak z wami skończę Marcin zapyta się was jak  mi poszło,  a gdyby wiedzieli, że was znam to mogliby nie uwierzyć, że mówicie prawdę. - ostatni raz sprawdziłam czy na pewno skończyłam z Kamilem i uśmiechnęłam się szeroko.
- Dobrze, skończyłam. Teraz zapraszam pańskiego brata na fotel. - Kamil wstał i niby od niechcenia otarł się o mnie. Stanął koło mnie i szepnął.
- Nie wiedziałem, że się na tym znasz. - słyszałam uznanie w jego głosie.
- Wiele rzeczy o mnie nie wiesz. - odszedł i usiadł na kanapie, a Kondzio uśmiechnął się jak głupi i spojrzał na mnie.
- Konrad jestem. Ten mądrzejszy i przystojniejszy. A ten tam to Kamil. - wyciągnął rękę, a ja z zaskoczenia dopiero po chwili wyciągnęłam swoją. On spojrzał na mnie zalotnie i pocałował mnie w dłoń. Myślałam, że za chwilę trzepnę go czymkolwiek, byle się opamiętał.
- Hm... miło mi. Natalia.
- Mogę ci mówić Nyśka? - zapytał z niewinnym uśmiechem.
-Tak... tak pewnie.
- Dobrze zapraszam na fotel. - próbowałam się nie śmiać, ale Kondzio zawsze zrobi coś  z czego nie mogę przestać się śmiać. Nawet inni pracownicy się śmiali.
- Z tobą wszędzie. - puścił mi oczko i  w końcu usiadł. Pochyliłam się nad nim podczas dokręcania jego dredów i cicho syknęłam.
- Zabiję cie wiesz!?
- Też cię kocham.
Z nim miałam trochę więcej pracy, ale też więcej czasu do odegrania się. Co jakiś czas ciągnęłam go za dredy mocniej niż powinnam. On tylko się krzywił w lustrze.
- Nyśka błagam, przestań. - wyjęczał cichutko i zrobił minę zbitego psa.
- Masz szczęście, że cię lubię. Skoczyłam już, ale i tak jeszcze cię dorwę za ten teatrzyk. - wstał już uśmiechnięty.
- Bardzo ci dziękuję.
- Ja także. - dołączył do nas Kamil, a po nim Marcin.
- Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni z usług Natalii.
- Pewnie Marcin. W końcu kogoś znalazłeś, bo już musieliśmy chodzić do innego salonu.
- Też się cieszę, że Nyśka jest z nami. - objął mnie ramieniem. Trochę się zdziwiłam, ale ok to tylko koleżeński gest. Natomiast Kamil się skrzywił i spojrzał na niego jakby chciał go zabić. Jednak po chwili się opamiętał, zapłacili, podziękowali jeszcze raz i wyszli.
- To co jak mi poszło? - zapytałam niepewnie.
- Hm... muszę się zastanowić. - powiedział teatralnie, a ja spojrzał na niego smutnymi oczyma.- Jak to jak? Świetnie! Jesteś bardzo dobra w tym co robisz. Teraz choć do biura, pogadamy. - poszłam za nim, nie wiedziałam o co chodzi. Przecież mówił, że sobie poradziłam. Usiadłam na fotelu i czekałam, aż zacznie.
- Czemu udawałaś?
- Ale o co chodzi? Kiedy udawałam? - robiłam z siebie głupią.
- Nyśka nie udawaj. Wiem, że ich znasz. Przecież ty jesteś z Kamilem. Czemu tak się zachowywałaś?
- Przepraszam Marcin, ale ja miałam nadzieję, że się nie dowiesz. Bałam się, że pomyślisz, gdy powiedzą, że dobrze mi poszło to tylko dlatego że mnie znają. A jak mam być do końca szczera to już nie jestem z Kamilem. Właśnie, a skąd wiedziałeś? - spojrzał na mnie jak na głupią.
- Nyśka, wasze zdjęcia krążyły po internecie, w gazetach i uwierz mi ślepy by nie mógł tego przeoczyć. - ja to na prawdę jestem głupia. Nawet o tym nie pomyślałam.
- No tak... ale mam nadzieję, że to nie zmienia niczego?
- Nie no coś ty. Nie pozbyłbym się takiego skarbu. - nie wiem czemu, ale czułam, że za tymi słowami kryje się nie tylko to, że jestem dobrym pracownikiem.
- Hm... cieszę się.
- Dobrze, to ja zamieszczę ogłoszenie w gazecie, internecie i gdzie się da, że mamy już dredmaker'a i możesz zacząć od jutra. Jak nie będziesz miała swoich klientów to będziesz pomagać fryzjerkom. Widziałem w twoich papierach, że na tym też się znasz. - uśmiechnął się ciepło.
- No pewnie, bardzo się cieszę i bardzo ci dziękuję. Mam nadzieję, że będę się mogła jakoś odwdzięczyć w przyszłości.
- Z pewnością. Coś wymyślę. - spojrzał na mnie z chytrym uśmieszkiem. Nie spodobało mi się to, ale może taki już jest. - To co, na dzisiaj masz koniec. Zapraszam jutro o 9:30.
- Ok, na pewno będę. Dziękuję bardzo jeszcze raz. Cześć. - wymieniliśmy się jeszcze tylko numerami telefonów i poszłam uczcić ten dzień jakimś dużym ciachem. Wyszłam na mroźne  powietrze i ruszyłam przed siebie. Włożyłam słuchawki w uszy i odpłynęłam. Doszłam do małej kawiarenki, w której byłam kiedyś z Kamilem na lodach parę dni po tym jak się poznaliśmy. Zamówiłam kremówkę i gorącą czekoladę. Usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Na ekranie wyświetlił się numer Kamila. Z niechęcią odebrałam.
- Tak?
- Nysia, możemy pogadać? - słyszałam niepewność w jego głosie.
- To zależy, ale ok mów.
- Nie przez telefon. Spotkasz się ze mną? - miał błagalny głos, nie sposób było mu odmówić.
- Dobra, niech ci będzie. Jestem w kawiarni. Kiedyś tu byliśmy. - powiedziałam i rozłączyłam się. Kelner przyniósł mi moje zamówienie. Mmm... ciasto było przepyszne. Zjadłam jeden kawałek, ale nadal miałam ochotę na coś słodkiego. Zamówiłam znowu to samo i akurat gdy kelner przyniósł mi zamówienie to przyszedł Kamil.
- Dla mnie to samo proszę. - powiedział kelnerowi po czym zwrócił się do mnie.
- Nysia... chciałem cię przeprosić. Wiem, że to brzmi strasznie banalnie, ale ja cię kocham. Nie umiem bez ciebie żyć. Czas w którym jestem bez ciebie jest czasem straconym. Proszę cię wybacz mi. Nie wiem dlaczego to wszystko ci powiedziałem, jestem strasznym kretynem. Proszę wybacz mi. Jesteś moim życiem, jesteście moim życiem. - miał łzy w oczach, ja zresztą też. Nie wiedziałam jak się zachować. Kocham go, ale mnie zranił. Jednak ja tez go zraniłam. Zrobiłam coś strasznego. Nie powinnam była go okłamywać. Źle zrobiłam, on też. Oboje tego żałujemy i chyba czas to naprawić.
- Kamil... ja też źle zrobiłam. Ale ja chciałam cię w ten sposób ochronić. Wiem, że nie jestem idealna i nie chcę żebyś był ze mną ze względu na dziecko. - teraz już płakałam na dobre.
- Nysia dla mnie jesteś ideałem. Kocham cię skarbie i uwierz mi, że jesteś dla mnie najlepszym co mogło mnie spotkać  w życiu. - podszedł do mnie i mocno przytulił.
- Kocham cię. - szepnął Kamil.
- Kocham cię. - odpowiedziałam również szeptem i złączyliśmy się w pocałunku.


środa, 16 października 2013

Rozdział 32

 Otworzyłam drzwi i stanęłam jak wryta. Zaczęłam, mrugać jakbym zobaczyła ducha. Jednak to nie był duch, tylko Kamil w dodatku nagi Kamil. Widziałam pojedyncze kropelki spływające po jego nagim ciele. Spoglądał na mnie szeroko otwartymi oczyma...
- Nysia? Co ty tu robisz? - zapytał zszokowany moim widokiem. Zupełnie zapomniał, że  jest nagi, a ja nie mogłam się skupić na tym co mówi, bo rozpraszał mnie jego widok.
- Ja... ja... - nie wiedziałam co powiedzieć. Popłakałam się. Poczułam jego dłonie na mojej twarzy. Napawałam się jego bliskością. Bardzo mi tego brakowało. Chciałam już coś powiedzieć, ale nie zdołałam bo Kamil naparł swoimi wargami na moje. Długo nie musiał czekać na moją odpowiedź. W tym momencie byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. Całowaliśmy się bardzo namiętnie. Kamil podniósł mnie do góry, a ja oplotłam go nogami w pasie. Nie odrywając się od siebie ani na sekundę poszliśmy w stronę jego pokoju. Po drodze wpadliśmy na zaspanego Konrada, który na nasz widok szeroko otworzył  oczy. Chyba trochę się zmieszał, ale my nie byliśmy w stanie się od siebie oderwać. Gdy dotarliśmy do pokoju miałam na sobie już tylko szorty, a i tych Kamil szybko się pozbył. Starał się być delikatny, zapewne bał się o dziecko, jednak ja byłam za bardzo podniecona, żeby zadowolić się tym co mi dawał. Wbiłam paznokcie w jego plecy, dając mu do zrozumienia czego oczekuję. Już po chwili odpłynęłam z rozkoszy...

Obudziłam się o 8:20, a Kamila nie było w łóżku. To dziwne, przecież jest strasznym śpiochem. Wstałam, narzuciłam na siebie swoje ciuchy i poszłam w kierunku kuchni. Po drodze zajrzałam do Korneli i Kondzia, oboje jeszcze spali. Kamil siedział na ziemi, a głowę miał schowaną w dłoniach. Usiadłam obok niego. Chyba dopiero teraz zorientował się, że tu jestem. Podniósł głowę i mogłabym przysiąc, że miał łzy w oczach.
- Kamil... ja ... przepraszam.
- Przepraszasz? I co tylko tyle? - zaczął na mnie krzyczeć. Źle mi z tym było, ale ma do tego prawo.
- Myślałam, że po tym co było w nocy...  - spojrzał na mnie z nienawiścią, jakby to co się między nami wydarzyło było moją winą.
- To co było w  nocy w ogóle nie powinno się wydarzyć. To był błąd rozumiesz!? - jak on mógł to powiedzieć? Dla mnie to znaczyło bardzo wiele, a dla niego to nic nie znaczący epizod.
- Jak możesz?  - zapytałam ze łzami w oczach.
- Ja, jak mogę? Powiedz jak ty mogłaś mnie zdradzić? Teraz pewnie też dajesz każdemu kto chce. W ogóle wiesz kto jest ojcem? - ten szyderczy ton mnie przeraził. To co powiedział bardzo zabolało. Na takie słowa nie zasłużyłam. Nie wytrzymałam i uderzyłam go w twarz. Widziałam, że go to zaskoczyło. Nie spodziewał się takiej reakcji.  - Widzę, że lubisz na ostro, mam paru kumpli dać ci namiary? Może któryś będzie chciał być tatusiem! - teraz już nic nie czułam poza bólem i zawrotami głowy. Bałam się, że zaraz zemdleję.
- Jesteś kompletnym kretynem! Myślisz, że na prawdę mogłabym cię zdradzić? Przecież wiesz jak cię kocham i na prawdę mi uwierzyłeś! Ale wiesz co!? Teraz żałuję, że tego nie zrobiłam! Przeze mnie moje dziecko będzie miało ciebie za ojca! Uwierz, że nie żałuję niczego bardziej! - stał zszokowany. Nie wiedział czy ma mi wierzyć. Zorientowałam się, że Korni i Kondzio nam się przyglądają z szeroko otwartymi oczyma. Spojrzałam na niego ostatni raz i wyszłam z kuchni. Narzuciłam na siebie w biegu kurtkę i złapałam za klamkę. Zobaczyłam ciemność i poczułam jeszcze ból podczas upadania.

- Nyśka, Nysia, proszę odezwij się. - usłyszałam zatroskany głos Kamila. Otworzyłam oczy, a nade mną stała trójka przerażonego rodzeństwa.
- Co się stało? - byłam trochę skołowana.
- Zemdlałaś jak chciałaś stąd wyjść. - wyjaśniła Kornela. Teraz przypomniałam sobie wydarzenia które miały miejsce chwilę wcześniej. Wyrwałam swoją rękę Kamilowi. Nie chciałam nawet przebywać z nim w jednym pomieszczeniu, a co dopiero, żeby miał mnie dotykać. Wstałam z kanapy, nie zważając na kolejne zawroty głowy.
- Nyśka, powinnaś leżeć. Zawieziemy cię do lekarza, żeby sprawdził co ci jest. - powiedział zatroskany Kondzio.
- Nie martw się. Nic mi nie jest, to tylko chwilowe osłabienie. Wolę już stąd iść.
- Nysia, proszę zostań. Kondzio ma rację, powinien cię zobaczyć lekarz. Co jeśli znowu zemdlejesz? - nie wierzyłam, że to słyszę. On się o mnie martwi?
- Ubrałam się porządnie, wzięłam swoją torebkę i odwróciłam się w jego stronę.
- Spokojnie, sam powiedziałeś, że daje każdemu, więc może któryś z moich facetów się nade mną zlituje i się mną zaopiekuje. Wiesz oni też lubią na ostro, a jestem w  tym niezła to chociaż tak mi się odwdzięczą, albo wiem, od teraz będę dawała za kasę, żeby miała dla dziecka jak się urodzi. - włożyłam  wte słowa tyle jadu ile tylko umiałam. Widziałam smutną minę Kornelii i Konrada. Kamil spoglądał na mnie z bólem. I dobrze nich cierpi, tak jak ja cierpiałam.
Dla pewności umówiłam się do lekarza na wizytę. Muszę być ostrożna, nie chcę kolejny raz stracić dziecka. To wszystko co mam, co trzyma mnie przy życiu. Teraz już wiem, że nie ma już dla mnie przyszłości z Kamilem. Nie po tym co powiedział. Wiem, że go zraniłam, ale on zrobił to samo. Właściwe to można powiedzieć, że jesteśmy kwita, ale nie mogłabym zapomnieć o tym co mi powiedział.
Mimo, że nie czułam się zbyt dobrze, to chciałam stanąć na nogi. Znalazłam fajne mieszkanko w centrum miasta. Dwa pokoje, kuchnia, salon, łazienka i balkon. Idealne dla mnie. Załatwiłam wszystko i już za trzy tygodnie podpisuję umowę. Mam trochę oszczędności to na jakiś czas starczy, ale teraz jest jeszcze kolejny kłopot. Muszę znaleźć jakąś lekką pracę, a wiem, że kobiety w ciąży nikt nie chce przyjąć. Będzie ciężko, ale wieżę, że dam radę.
Przeglądałam właśnie oferty pracy w gazecie. Byłam załamana, gdzie dzwoniłam to jak usłyszeli słowo ciąża, od razu mnie spławiali. Wszystko jest do dupy. Po co ja mam te kilka zawodów skoro i tak nie mogę znaleźć pracy?  Chciałam już dać sobie z tym spokój, gdy natrafiłam na kolejne ogłoszenie. Szukali fryzjerki, specjalizującej się w robieniu dredów, doczepianie ich, przedłużanie itp. Bardzo się ucieszyłam. Jakiś czas temu skończyłam taki kurs i nawet pracowałam na takim stanowisku. Mam dobre referencje, może się uda. Jednak nie nastawiałam się za bardzo bo nie chcę się rozczarować. Od razu poszłam do tego salonu fryzjerskiego. Zdziwiłam się, bo było tu bardzo stylowo. Widać, że dobrze prosperują.
- Dzień dobry. Czy to ogłoszenie jest jeszcze aktualne? - podałam młodemu mężczyźnie gazetę  z ogłoszeniem.
- Tak, oczywiście. Proszę chwilkę poczekać, za moment do pani wrócę. - uśmiechnął się przepraszająco i odszedł na chwilę. Długo nie musiałam na niego czekać, bo już po chwili prowadził mnie do swojego biura. Był bardzo sympatyczny i bardzo młody jak na szefa tego zakładu.
- Ma pani jakieś doświadczenie w tym zawodzie? - spoglądał na mnie wyczekująco, acz przyjaźnie.
- Tak , proszę tutaj jest wszystko udokumentowane. - czekałam cierpliwie, w końcu gdy wszystko przeczytał spojrzał na mnie z jeszcze większym uśmiechem.
- Jest pani... Hm... może to nieodpowiednie, ale czy możemy mówić sobie po imieniu? - trochę się zdziwiłam, że czemu nie? Ten chłopak wydaje się być bardzo fajny.
- Tak, pewnie. Nyśka jestem... znaczy Natalia. - ja to zawsze coś palnę. Nie ma co, nieźle zaczynam.
- Oryginalnie, łatwo zapamiętać. Marcin jestem. - uścisnęliśmy sobie dłonie i od razu poczułam się trochę luźniej. - A co do tego po co tutaj przyszłaś, to myślę, że jesteś idealną kandydatką.
- Na prawdę!? To znaczy bardzo się cieszę, tylko, że jest jedna sprawa, która mnie chyba przekreśli. Jestem w ciąży. Teraz pewnie powiesz, że nie zatrudniasz kobiet w ciąży, więc wal śmiało. Nie krępuj się. - wolałam żeby się ze mną nie patyczkował. Niech powie co i jak.
- Hmm... to może być mały problem, ale jeśli przyniesiesz mi zaświadczenie od lekarza, że możesz pracować, to masz pracę. - uśmiechnął się promiennie. Nie mogłam uwierzyć, w to co powiedział.
- Na prawdę?
- Nyśka, nie ekscytuj się tak bo mi tu zaczniesz rodzić. - śmiał się ze mnie, co było nawet zabawne. - A uwierz, że prędzej bym zemdlał niż ci pomógł. - mrugnął ciągle się śmiejąc.
- Do porodu to mam jeszcze dużo czasu, więc się nie bój,  a co do zaświadczenia od lekarza to mam takie przy sobie. Już parę dni temu byłam u lekarza bo zaczęłam szukać pracy. Wiedziałam, że może się przydać. - Marcin spojrzał na karteczkę.
- W takim razie, witaj w pracy. - jejku jak te słowa pięknie brzmią. Nawet nie marzyłam, że znajdę pracę i to jeszcze w zawodzie którym lubię.  - To kiedy możesz zacząć?
- Od zaraz szefie! - Marcin pokazał mi co i jak. Wdrożył mnie w działania salonu. Powiedział, że mają parę sławnych klientów i tak się składa, że to ja będę robić im wszystkim dredy bo jestem jedynym dredmakerem w tym salonie. Dzisiaj miało przyjść dwóch klientów. Byłam bardzo ciekawa, kto to jest, ale Marcin powiedział, że będę miała niespodziankę. Minęło pół godziny i do salonu weszli...


Bardzo proszę o komentarze :) Mam nadzieję, że wam się spodoba :)

sobota, 12 października 2013

Rozdział 31

Codziennie spotykałam się z Kornelą. Nic nie wspominała o swoim planie, a jak próbowałam o coś podpytać to mnie zbywała. Oczywiście chciałam ją przekonać, żeby dała temu spokój, ale jak to ona w ogóle mnie nie słuchała. Została jeden dzień do przyjazdu Kamila i szczerze to chyba jeszcze dzisiaj pojadę do siebie do Gorzowa. Chociaż wiem, że mam marne szanse, bo Korni i tak mnie nie puści.
Siedziałam właśnie u niej w mieszkaniu, oglądałyśmy jakiś głupi film, gdy nagle ktoś przekręcił klucz w zamku. Momentalnie zamarłam. To na pewno Kamil, ja nie chcę, nie mogę się teraz z nim spotkać. Błagam, tylko nie on...
- Korni... zabiję cię. To był ten twój plan? - spojrzałam na nią ze złością.
- Nyśka, przysięgam, że nic o tym nie wiedziałam, poza tym to może nie on.-  w tym momencie do pokoju wszedł chłopak bardzo podobny do Kamila. Od razu odetchnęłam z ulgą.
- Cześć siostra. - cmoknął Kornele w policzek i spojrzał z szyderczym uśmiechem na mnie. - A to oto moja niedoszła bratowa tak? - głupio mi się zrobiło pod tym jego natarczywym spojrzeniem, ale nie dziwię mu się. Też bym znienawidziła kogoś kto skrzywdziłby bliską mi osobę.
- Kondzio, daruj sobie. Poznaj Nyśkę, matkę dziecka twojego brata. - uśmiechnęła się szeroko, a on spojrzał na nią jak na głupią.
- Jasne, weź mi tu nie wkręcaj, bo ja dobrze wiem, że to dziecko nie jest Kamila. Przez nią się załamał, a ty jeszcze z nią gadasz? Nie ma co niezła z ciebie siostra. - jego słowa ociekały sarkazmem.
- Hm... Korni to ja może się będę zbierać... nie będę przeszkadzać. - wyszeptałam zażenowana. Wstała i chciałam iść się ubierać, ale Kornela mi przeszkodziła.
- Nie! Nikt stąd teraz nie wyjdzie. Konrad usiądź. - rozkazała bratu surowym głosem i o dziwo poskutkowało. - Musisz wszystkiego wysłuchać na spokojnie. Mówiłam już ci coś na ten temat i miałam rację. - uśmiechnęła się zwycięsko, po czym zwróciła się do mnie. - A ty Nysia usiądź i się nie denerwuj. Wiesz, że w twoim stanie to nie wskazane. - spojrzała na mnie pocieszająco.
- Dobrze to Kondzio słuchaj... - opowiedziała mu wszystko dokładnie. Ja gdybym mogła zapadłabym się pod ziemię. Głupio mi było słuchać tego wszystkiego. Gdy Kornela skończyła opowiadać, Kondzio spojrzał na mnie z szeroko otwartymi ustami.
- To prawda? - spytał zszokowany.
- Tak... ja na prawdę chciałam dla niego jak najlepiej. Wierzyłam, że z kimś innym będzie mu lepiej. - spuściłam wzrok zawstydzona własną głupotą.
- Przepraszam... Nie powinienem tak ci dowalać, bynajmniej nie w twoim stanie. - uśmiechnął się przepraszająco.
- Nie masz za co przepraszać. Należało mi się i tylko ty miałeś śmiałość powiedzieć to co wszyscy myślą.
- Ale i tak przepraszam. - wyciągnął do mnie rękę. - To co zgoda? Zaczniemy od początku? - uśmiech wykwitł na mojej twarzy.
- Cześć, jestem Nyśka. - podałam mu dłoń i mocno uścisnęłam.
- Kondzio, ten mądrzejszy i przystojniejszy. - ach ten ich uśmiech to musi być rodzinny. Kornela zdzieliła go poduszką w głowę głośno się śmiejąc.
- Coś ci się pomyliło braciszku... Jesteś najmłodszy więc to ja i Kamil odziedziczyliśmy to co najlepsze, ale i tak cię kocham. - przytuliła się do niego i pogłaskała go po głowie z rozbrajającą miną. Nie mogłam wytrzymać ze śmiechu. Widać, że się kochają.
- Nyśka nie słuchaj jej, bredzi. - uniósł znacząco brwi do góry.
- Dobra, dobra... powiedzmy, że całe wasze rodzeństwo jest na tym samym poziomie. - spojrzeli na mnie spod byka.
- Teraz to mi dowaliłaś. - powiedzieli jednocześnie, na co ja jeszcze bardziej zaczęłam się śmiać, a oni razem ze mną.
- A tak na serio to co teraz zrobisz? Przecież musisz mu powiedzieć. To jego dziecko. On jest załamany, musisz mu pomóc się pozbierać.
- Brat nie martw się, twoja mądra siostrzyczka już coś wymyśliła. - szeroki uśmiech zagościł na jej twarzy,a  ja się skrzywiłam.
- Nysia, współczuję ci. Jak ona coś wymyśli to można się bać. - zaczął się ze mnie śmiać. - Właściwie to już nie masz zbyt dużo czasu na przygotowanie psychiczne, bo przecież on niedługo będzie. - spojrzałam się na niego a potem na Kornele, dziwnie się na niego spojrzała i wymachiwała rękoma.
- To... to znaczy, że... że - Korni nie dała mu dokończyć.
- To znaczy,  że przecież już jutro wieczorem wraca Kamil.  - spojrzała na Kondzia wymownie. Nie rozumiałam o co chodzi, ale ok.
Gadaliśmy jeszcze dość długo. Uśmiałam się za wszystkie czasy. Rodzeństwo opowiadało wiele śmiesznych historii z ich życia. Sporo opowiadali o Kamilu. Chłonęłam każde słowo, które wydobywało się z ich ust, bo tak na prawdę nie wiedziałam zbyt dużo o Kamilu,a  mimo to, to co wiedziałam wystarczyło mi żeby się w nim zakochać. Chciałabym móc go poznawać codziennie na nowo, ale boję się, że to nie będzie mi dane.
Było już nieźle po 23. Trochę byłam śpiąca, nie powiem, że nie.
- Dobra, ja się będę zbierać. - spojrzeli na mnie dziś już któryś z kolei raz jak na głupią.
- Dobry żart. Nigdzie nie idziesz. Zostaniesz tutaj na noc. - odwdzięczyłam im się takim samym spojrzeniem.
- Mam swój dom, więc do niego wrócę.
- Nie ma mowy, jest już ciemno, zimno i nie będziesz się teraz tłuc do siebie. Śpisz tutaj, bez gadania.
- Kondzio ma rację. Nyśka nie ma sensu,  żebyś teraz wracała. Już późno. Będziesz spała w pokoju Kamila. - nie chciałam się z nimi kłócić, więc dałam już temu spokój.
- Ale Kamil na pewno wraca jutro wieczorem tak? - zapytałam dla upewnienia się.
- Tak. - oboje skinęli głową na potwierdzenie. Widziałam, że Kondzio  zaczął się dziwnie uśmiechać, ale byłam tak zmęczona, że nie wzbudziło to we mnie zainteresowania, bo oczy same zaczęły mi się zamykać.
- Choć, dam ci coś do spania. Widzę, że jesteś zmęczona. - poszłam z Kornelą, dała mi króciutkie spodenki, a koszulkę miałam wziąć z szafy Kamila.
Pożegnałam się z nimi i poszłam spać. Nawet nie miałam siły się wykąpać. Od razu padłam na łóżko. Przed snem zdążyłam poczuć jeszcze wspaniały zapach poduszki. Pachniała tak jak Kamil. Z uśmiechem na ustach zasnęłam...
Przebudziłam się bo poczułam, że muszę iść do łazienki. Taka już natura kobiet  w ciąży, sikają więcej niż zdążą wypić przez cały dzień :) Zwlekłam się z łóżka i poczłapałam do łazienki, prawie z zamkniętymi oczami. Przez to nie zauważyłam, że światło jest zapalone. Otworzyłam drzwi i stanęłam jak wryta. Zaczęłam, mrugać jakbym zobaczyła ducha. Jednak to nie był duch, tylko Kamil w dodatku nagi Kamil. Widziałam pojedyncze kropelki spływające po jego nagim ciele. Spoglądał na mnie szeroko otwartymi oczyma...

środa, 9 października 2013

Rozdział 30

Nie wiem co ze sobą zrobić. Cieszę się, że jestem w ciąży, wiem, że Kacperek zaznał spokoju, ale wiem też, że osoba którą kocham cierpi. CIERPI PRZEZE MNIE!! Nigdy sobie tego nie wybaczę. Kamil mnie pewnie znienawidził. Nie dziwię mu się.
Mam dość tego mieszkania. Nie chcę już mieszkać w Gorzowie. Zbyt wiele tutaj przeżyłam. Dzwoniłam do rodziców, powiedzieli, że mogę się do nich wprowadzić. Wiem, że ich zaniedbałam. Nasze kontakty przez ostanie miesiące ograniczyły się do minimum. Nic im nie powiedziałam, a mimo to mama chyba wyczuła, że coś jest nie tak. Nawet chciała do mnie przyjechać, ale jak jej powiedziałam, że chcę się do nich przeprowadzić to strasznie się ucieszyła, ale też i bardziej zaniepokoiła. Będę musiała z nią szczerze porozmawiać. To będzie trudne, ale nie chcę jej dłużej okłamywać.
Zadzwoniłam do Łukasza. Go też zaniedbałam. Tak na prawdę wszystkich zaniedbałam. Na szczęście Łukasz jest świetnym przyjacielem i powiedział, że przyjedzie i mi pomoże, bo z tyloma rzeczami to mnie do pociągu nie wpuszczą :) Umówiliśmy się na jutro na 12. Spakowałam bardzo dużo kartonów. Do wieczora byłam bardzo zajęta, jednak starałam się nie nadwyrężać. W końcu kobiety w ciąży powinny prowadzić spokojny tryb życia.
Wieczorem zmęczona padłam na łóżko i jeszcze tylko nastawiłam zegarek na 10 i szybko zapadłam  w krainę snu...
Rano wstałam i poczułam się zadziwiająco dobrze. Dosłownie tryskałam energią, pewnie to dlatego, że czuję, że rozpoczyna się nowy rozdział w moim życiu. Najpierw przeprowadzka do rodziców, a w międzyczasie poszukam sobie jakiegoś mieszkanka, a to sprzedam. Jest w bardzo dobrym stanie. Może ktoś będzie chętny.
Zjadłam śniadanko, wypiłam herbatkę i sprawdziłam czy na pewno wszystko wzięłam. Usłyszałam dzwonek telefonu. Myślałam, że to Łukasz,a le to była Kornela, już któryś raz z kolei. Zresztą nie tylko ona do mnie wydzwaniała, bo chłopaki z zespołu też mnie męczą. Od nikogo nie odbieram. Nie chcę się im tłumaczyć. Bardzo ich polubiłam i nie chcę ich okłamywać. Szczególnie Kornelii, niby krótko ją znam, ale jest dla mnie jak siostra. Jak było między mną a Kamilem dobrze to często gadałyśmy. Czułam się jakbym znała ją od zawsze. Przykro mi, że tak ją olewam, ale tak muszę robić. Muszę się całkowicie odciąć od rodziny Bednarków i ich bliskich, jeżeli chcę aby Kamil mógł zaznać szczęścia z kimś innym.
Mimo ponurych myśli, energia mnie nie opuszczała. Spojrzałam na zegarek, miałam jeszcze godzinę do przyjazdu Łukasza. Musiałam jeszcze iść na grób Kacperka. Nie mogę go zostawić bez pożegnania. Wiem, ze to będzie bardzo ciężkie, ale będę go odwiedzać tak często jak się da. Żałuję, że muszę go zostawić, ale nie mogę już tu mieszkać.
Po jakimś czasie stałam już przed grobem Kacperka. Zauważyłam, że ma nowe kwiaty jeszcze świeże.Pewnie to Kamil przed wyjazdem tu zaszedł. Dobrze, ze o niego dba. Też będę tu często przyjeżdżać.
- Kocham cię syneczku. Zawsze będę cię miała w sercu.
Poszłam wolnym krokiem do domu. Doszłam do domu i akurat Łukasz zadzwonił, że za chwilę będzie. Zaczęłam znosić lekkie rzeczy. Chwilę poczekałam i już stałam w jego objęciach.
- Nysia... bo mnie udusisz... - trochę za dużo energii włożyłam w to przytulanie. Ale bardzo się cieszę, że go widzę.
- Przepraszam, ale tak długo cię nie widziałam, że nie mogłam się opanować.
- Dobra, dobra. Przyznaj się, że lecisz na mnie.- uśmiechnął się łobuzersko i puścił mi oczko.
-  Kurcze... przejrzałeś mnie. - uderzyłam go lekko w ramie dla żartu. - A tak na serio to dziękuję, że przyjechałeś. Jesteś prawdziwym przyjacielem. - uśmiechnęłam się delikatnie.
- Wiem, wiem, ale o tobie nie mogę tego samego powiedzieć. - udawał obrażonego. - Czemu nie odbierałaś ode mnie? - spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Miałam ciężkie chwile. Obiecuję, że po drodze ci wszystko opowiem, a teraz choć do domu. - słyszałam jak za mną idzie. Widziałam jego zmartwioną minę, ale na szczęście o nic nie pytał. Nie chciał  mnie męczyć, wie że i tak mu powiem.
Łukasz nie chciał długo siedzieć więc już po 15 minutach byliśmy w drodze do Wrocławia. Trochę pogadaliśmy o niczym, ale chciałam mu się już w końcu wygadać. Opowiedziałam mu o wszystkim. Trochę popłakałam, ale przy nim nie da się długo smucić więc po jakimś czasie się uspokoiłam.
- Nysia... jesteś pewna, że to dobry pomysł, że go tak okłamujesz? Przecież on cię kocha, ty go też, będziecie mieli dziecko więc w czym problem? - wiem, że stara się mnie zrozumieć, ale wiem też że to jest ciężkie.
- Łukasz, ja nie chcę go zatrzymywać przy sobie. Kocham go i chcę dla niego jak najlepiej. A powiedz szczerze, jakie życie czeka go ze mną? On zasługuje na kogoś lepszego. Wieżę, że z kimś innym będzie bardziej szczęśliwy.
- Dziewczyno czy ty siebie słyszysz? Co ty gadasz? To ty jesteś dla niego najlepszym co mu mogło się w  życiu przytrafić. Jesteś wspaniałą kobietą, do tego jesteś z nim w ciąży. Będziecie mieli dziecko, a dziecko potrzebuje ojca. - wkurzył się na mnie. Ale ja wiem co robię, bynajmniej tak mi się wydaje. Zrobiłam tak jak chciałam i tego się będę trzymać.
- Nie Łukasz ja już postanowiłam i zdania nie zmienię. Mam  nadzieję,  że nie będę żałować, że poprosiłam cię o pomoc. - spojrzałam na niego natarczywie.
- Jasne, nikomu nie powiem, ale uważam, że źle robisz. - odwróciłam wzrok do szyby. - Dobra, dajmy już temu spokój. Jesteś dorosła i sama podejmujesz decyzje. Jak coś to możesz na mnie zawsze liczyć.
W tej chwili dziękowałam Bogu, że mam tak wspaniałego przyjaciela.
Resztę drogi przejechaliśmy w  miłej atmosferze. Łukasz opowiadał o sobie, spotkał kogoś  i mówi, że ma nadzieję, że wyjdzie z tego coś więcej. Oby mu się udało. Zasługuje na szczęście.

W końcu dojechaliśmy do Wrocławia. Łukasz pomógł mi wnieść rzeczy, przywitał się z moimi rodzicami, pożegnał się ze mną i pojechał. Obiecałam, że jak się już trochę ogarnę to niedługo się spotkamy. Rodzice i Piotruś bardzo się cieszyli, że już jestem. Jak to mama od razu jedzonko, różne pytania, opowieści. Tak minął już tydzień odkąd tu jestem. Muszę przyznać, że to był dobry pomysł. Dobrze się tu czuję, mam bliskich, tylko brakuje mi Kacperka. Będę musiała pojechać na jego grób za jakiś czas. Szłam alejką w parku, myślałam nad wszystkim i nie zauważyłam, że z naprzeciwka ktoś idzie i wpadłam na tą osobę. Spojrzałam na tego kogoś i oniemiałam.
- K... Kornela? Co ty tu robisz? - tak bardzo się cieszyłam, że ją widzę. Bardzo za nią tęsknię.
- Ja? Co ty tu robisz? Przecież mieszkasz w Gorzowie.
- Już nie. Parę dni temu się przeprowadziłam do rodziców. - uśmiechnęłam się nieśmiało. Bałam się, że mnie potępia za to co zrobiłam Kamilowi.
- To dlaczego się nie odezwałaś do mnie? Ty małpo wiesz jak ja za tobą tęskniłam? - po tym rzuciłam się jej na szyję. Ściskałyśmy się tak dobre pięć minut. Obie płakałyśmy, nie przeszkadzało nam zimno panujące na dworze.
- Tak wyszło, przepraszam.
- Dobra, choć pogadamy, ale nie tutaj. Zrobiło się zimno. Chodźmy do mnie. - spojrzałam na nią przestraszona. Wiem, że Kamil czasami mieszka u niej, a nie chciałam go spotkać.
- Nie bój się, nie ma go. Jest w trasie, wraca za trzy dni.
Poszłyśmy do Korni. Zrobiła nam gorącą czekoladę i zaczęłyśmy gadać.
- Trzymasz się jakoś Nysia?
- Tak, dziękuję już jest dużo lepiej. Pozbierałam się po tym wszystkim. - to nie była do końca prawda, ale po części jest trochę lepiej.
- To dobrze. Hmm... a powiesz mi co stało się między wami? - zapytała ostrożnie. - Bo szczerze to ja nie wieżę, że zdradziłaś Kamila. Wiem, że to jego dziecko. Chciałam mu to jakoś wbić do tego pustego łba, ale on za każdym razem mówi: Natalia by mnie nie okłamała, nie w takiej sytuacji". Tak jest cały czas. Mam go już powoli dość. Wygląda jak własny cień, w ogóle się nie uśmiecha. Stracił energię, która zawsze biła od niego na kilometr. Nawet na koncertach często się myli. Załamał się kompletnie. - popłakałam się, jak go sobie takim wyobraziłam to opadły ze mnie wszystkie siły. Nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam jej wszystko opowiadać.
- Czyli miałam rację! Wiedziałam, że byś tego nie zrobiła. Hmm... zaraz zaraz, czyli zrobiłaś to dla niego tak? - lekko skinęłam głową, na potwierdzenie jej słów.
- Boże jacy wy jesteście beznadziejnie głupi... Jak małe dzieci. Powiedz mi czy masz zamiar to jakoś wyjaśnić?
- Nie.
- Nie? I tyle? Zrezygnujesz ze szczęścia z własnej głupoty?
- Już ci mówiłam dlaczego to zrobiłam.
- Tak wiem, dobra, ale ja tak tego nie zostawię. Wtedy zobaczysz jaka potrafię być skuteczna. - uśmiechnęła się szeroko. Próbowałam jej wyperswadować ten jej plan, ale w ogóle mnie nie słuchała. Wieczorem wróciłam do domu, kamień spadł mi z serca, że się komuś wygadałam, ale boję się co zrobi. Wiem, że ma szalone pomysły...

niedziela, 6 października 2013

Rozdział 29

- Jest jeszcze jedna sprawa... Pani Natalia jest w ciąży, to początek trzeciego miesiąca. Czy to dlatego pańska dziewczyna chciała popełnić samobójstwo? - jak to w ciąży. Dlaczego mi nie powiedziała?  Jeszcze te jego głupie pytanie. Gdyby wiedziała o dziecku byłaby najszczęśliwszą osobą na świecie. Nie zrobiłaby tego.
- Nie, Natalia raczej nie wiedziała o dziecku... bo gdyby wiedziała, to nigdy by tego nie zrobiła. My... straciliśmy dziecko miesiąc temu, ona się załamała. Nie mogła już wytrzymać i to chyba dlatego chciała to zrobić.
- Przykro mi. Hmm mam nadzieję, że jak się dowie o dziecku to wszystko wróci do normy. - uśmiechnął się serdecznie. - Pani Natalia będzie potrzebować teraz dużo ciepła od bliskich. Proszę ją wspierać. - spojrzał na mnie ostatni raz i odszedł. Jasne, łatwo mu mówić. Jak ja mam ją wspierać, skoro ona mnie nienawidzi? Nie chce mnie znać. Co ja mam teraz zrobić?
Wszedłem do jej sali, zdziwiłem się, bo już nie spała. Podbiegłem do niej, chciałem ją przytulić. Nie mogłem patrzeć na jej łzy.
- Kochanie... proszę nie płacz. - odwróciła głowę w drugą stronę.
- Kamil wyjdź stąd. - wyszeptała.
- Nie, Nysia nie wyjdę póki mi nie powiesz dlaczego chciałaś się zabić? -głos powoli mi się łamał. - Myślisz, że to by ci w czymś pomogło? Myślisz, że Kacperek chciałby, żebyś się zabiła!? - nie wytrzymałem i zacząłem krzyczeć, a łzy same spływały po moich policzkach.  - Właśnie, że nie. Chciałby, żebyś żyła, żebyś była szczęśliwa. Zawiodłaś go, zawiodłaś mnie. Myślałem, że jesteś rozsądniejsza,  a ty jesteś zwykłą egoistką. Nie widzisz tego, że ja też cierpię? To było też moje dziecko, ja też go straciłem i nie zniósł bym myśli, że straciłem tez ciebie... - nie miałem siły już mówić. Natalia spoglądała na mnie przez łzy. Wiem, że nie powinienem tego mówić, ale już dłużej nie mogłem wytrzymać. Tak bardzo mi go brakuje, a teraz moja kochana Nysia chciała odejść z tego świata.
- Kamil, ja już po prostu nie mam siły. Nie mam na nic siły. Ciągle o nim myślę, mam jego twarzyczkę przed oczami... Chciałam być z nim. Oboje bylibyśmy wtedy szczęśliwi. - głos jej się załamał, ale nadal na mnie patrzyła rozpaczliwym wzrokiem.
- Myślisz, że Kacperek byłby szczęśliwy, gdyby wiedział, że zabijasz nie tylko siebie, ale także swoje dziecko? - spojrzała na mnie jak na idiotę.
- Jak to? Kamil co ty mówisz?
- Jesteś w ciąży i mało co nie zabiłaś naszego dziecka. Na szczęście ten maluch jest silny i dął sobie radę. - wiem, że sprawiłem jej straszny ból, ale taka jest racja. Prawie zabiła nasze dziecko. Musi zrozumieć, że to był błąd.
- Nie, Kamil to nie możliwe. Wiedziałabym gdybym była... gdybym była w ciąży. To nie możliwe. - wyszeptała, ale widziałem, że zaczęła nad czymś myśleć. - Ale.. jak to możliwe? Nie... nie to nie może być prawda.
- Nyśka, jesteś w ciąży. - dlaczego ona nie chce mi wierzyć?
- Ja nie wiedziałam... Nie wiedziałam rozumiesz!? Nigdy nie zabiłabym swojego dziecka. Nie zrobiłabym tego... - złapała się za brzuch i widziałem, ze odżywa na nowo. Jej oczy płoną zdrowym blaskiem, uśmiech wykwitł na jej twarzy. To dziecko pomoże jej się otrząsnąć. Złapałem ją za ręce i spojrzałem w oczy.
- Wiem, że nie zabiłabyś tego dziecka. Wiem, że gdybyś wiedziała miałabyś sens by żyć. - uśmiechnąłem się pocieszająco.
- Dziękuję, że mnie uratowałeś, że uratowałeś nas. - spojrzała z czułością na brzuch. - Ale proszę wyjdź stąd. Muszę pobyć teraz sama. - ciężko mi było, ale wyszedłem stamtąd. Nyśka musi wszystko przemyśleć. Rozumiem to.
Wyszedłem ze szpitala i poszedłem do najbliższego baru. Muszę się napić, bo mam już wszystkiego dość. Natłok tych wszystkich wydarzeń mnie przerasta. Muszę odreagować.

OCZAMI NYSII:

Jaka ja byłam głupia. Jak mogłam chcieć się zabić? Wiem, że Kacperek chciałby, żebym była szczęśliwa. Teraz to rozumiem. Kamil ma rację. Byłam egoistką, myślałam tylko o sobie, a tak na prawdę wszyscy cierpieli. Teraz już wiem, że mam dla kogo żyć. Jednak nie wyobrażam sobie życia z Kamilem. Nie po tym jak go zraniłam. Wiem, że lepiej będzie jak znajdzie sobie kogoś innego. Zasługuje na kogoś lepszego. Kocham go i dla jego dobra muszę dać mu wolność.
W szpitalu spędziłam pięć dni. W tym czasie codziennie dzwonił do mnie Kamil. Chciał mnie odwiedzić, ale za każdym razem prosiłam go o więcej czasu. Nie dałabym rady tak szybko się z nim spotkać. Muszę się na to przygotować.
Lekarze powiedzieli, że po próbie samobójstwa konieczna jest porada psychiatry, ale stwierdzili, że widzą we mnie wielką chęć życia i że nie potrzebuję tego. Szczerze to bardzo dobrze, nie należę do ludzi wylewnych. Nie lubię mówić o sobie, zwierzać się.
Wyszłam ze szpitala i od razu poszłam na cmentarz. Jednak ta wizyta różniła się od poprzedniej diametralnie. Już nie płakałam, cieszyłam się, że mam w sobie dzieciątko, ale też że mogłam spędzić z Kacperkiem te wspaniałe chwile.
- Dziękuję ci mój mały szkrabie za wszystko. - uśmiechnęłam się i poszłam do domu. Po drodze zaszłam do sklepu, w końcu teraz muszę się dobrze odżywiać.
Od razu zabrała się za porządki. Mieszkanie już po godzinie wyglądało tak jak powinno. Zgłodniałam i pomyślałam, że zrobię takie kolorowe kanapeczki.
Zjadłam i zadzwoniłam do Kamila. Muszę mu w końcu to powiedzieć. Nie wiem jak to zniesie, ale wiem, że będzie miał duże wsparcie w rodzinie. Oni mu pomogą to przetrwać. Wiem, że będą mieli mnie za najgorszą, ale tak muszę zrobić. Powiedział, że przyjedzie za pól godziny. Bardzo się ucieszył, że chcę się z nim zobaczyć. Przez to mam jeszcze większe wyrzuty sumienia. Już sama nie wiem czy dobrze robię.
- Nyśka, musisz być silna. - mówiłam sama do siebie już dłuższy czas, ale musiałam przerwać bo usłyszałam pukanie do drzwi. Wpuściłam go do środka. Miałam ochotę rzucić mu się na szyję. Już zapomniałam jak na mnie działa. Opanowałam się i usiadłam na kanapie.
- Kamil musimy porozmawiać. - kurcze, jak to banalnie zabrzmiało. Nigdy nie lubiłam tego tekstu, a teraz sama to powiedziałam.
- Wiem Nysia, wszystko rozumiem. Kocham cię. - no i jak ja mam to teraz mu powiedzieć? Czy on zawsze musi być taki wyrywny?
- Kamil, bo... bo to dziecko nie jest twoje. - patrzyłam na niego i oczekiwałam jakiejkolwiek reakcji, jednak on siedział i tempo się we mnie wpatrywał.
- Jak to? - wyszeptał zdziwiony.
- Hmmm... ja nie wiem jak to się stało, ale stało się i tego nie zmienię. Zdradziłam cię i czuję się z tym okropnie, ale nie chcę cię oszukiwać. Zasługujesz na szczerość. Wiem, że cię strasznie skrzywdziłam i żałuję, ale to co się stało już się nie odstanie. Przykro mi, że muszę ci to powiedzieć. - to było straszne, ale przez najgorsze już przebrnęłam. Starałam się na niego nie patrzeć, żeby nie widzieć jak strasznie go zraniłam.
- Nie, Nyśka, to nie jest prawda. To nie może być prawda. Błagam powiedz, że to jakiś głupi żart. - widziałam dziką furię w jego oczach. Jestem strasznie głupia. Jak mogę traktować tak kogoś kogo kocham? Powoli sama siebie nienawidzę.
- Kamil to jest prawda. Przykro mi. - spojrzał na mnie ostatni raz i wyszedł. Powinno mi być lżej, że już mam to za sobą, jednak nie. Żałuję, że to zrobiłam.
Zwinęłam się na kanapie i cicho łkałam.

Przepraszam, że dopiero teraz, ale byłam chora i nie miałam wcześniej ani pomysłu, ani siły na pisanie. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Proszę o komentarze.
Pozdrawiam :)

wtorek, 1 października 2013

Rozdział 28

Minął już miesiąc, gdy zmarł mój kochany synek. Na nic nie mam siły, ciągle płaczę, najchętniej w ogóle bym nie wychodziła z łóżka. Chociaż i tak prawie wcale tego nie robię. Jednak muszę stwierdzić, że robię postępy. Jeszcze dzień temu w ogóle nie miałam kontaktu z rzeczywistością jednak dzisiaj jest inaczej. Mimo, że obudziłam się zalana łzami to czuję dzisiaj taką wewnętrzną potrzebę wyjścia z domu. Nawet mam siłę, żeby się ogarnąć. Pierwszy raz od miesiąca ubrałam się w normalne ciuchy. Wybierałam wszystko czarne, ale to i tak wielki postęp, bo zazwyczaj chodziłam w samej koszulce lub piżamie. Związałam włosy w luźnego koka i wyszłam na dwór. Dzień był wyjątkowo ładny, co mnie zdołowało. Listopadowe słońce przebijało się przez chmury i mnie oślepiało. Odechciało mi się wszystkiego. Powinnam się cieszyć tak ładną pogodą, ale jak ja mam to robić skoro jest mi tak źle na sercu? Jak mogę się cieszyć, gdy mój synek nie żyje? Długo nie chciałam się do tego przed sobą przyznać, ale taka jest racja i muszę się z tym pogodzić. Muszę przyjąć do wiadomości, że Kacperka już nie ma. Starałam się powstrzymać łzy, jednak nawet to mi nie wyszło. Szłam przed siebie, a łzy moczyły mój szalik. Tak na prawdę nie wiedziałam gdzie idę, dopiero gdy dotarłam na cmentarz, stwierdziłam, że dawno powinnam już tu przyjść.
Bałam się podejść do grobu Kacperka, nie wiedziałam w jakim stanie go zastanę. Co jeśli jest zaniedbany? Jednak mam nadzieję, że Kamil wpadał tu od czasu do czasu. Wiem, że próbował się ze mną kontaktować, zresztą nie tylko on. Dopiero dzisiaj włączyłam telefon i od razu przyszło wiele wiadomości, że ktoś do mnie dzwonił. W szczególności Kamil, ale rodzice także parę razy dzwonili. Co do Kamila to nie wiem co mam o tym myśleć. Zawiódł mnie, w tamtej chwili gdy zabrał mi Kacperka z rąk na prawdę go znienawidziłam, lecz teraz gdy patrzę na tą sytuację z perspektywy czasu rozumiem, że musiał to zrobić. Wiem, że jemu też było ciężko i zrobił to dla mnie, ale to niczego nie zmienia. Nie byłabym w stanie już  z nim być, mimo, że wciąż go kocham. Chyba nigdy nie zapomnę tego co nas łączyło, ale wiem że nie mogłabym być szczęśliwa, gdy mojego synka już nie ma. On nie żyje, a ja mam  się uśmiechać? Nie, nie mogłabym tego zrobić.
Na cmentarzy kupiłam pięć zniczy i bukiet kwiatów. Wolnym krokiem ruszyłam w alejkę, na której są pochowane malutkie dzieci. Dopiero co przestałam płakać,a  już kolejna ich porcja piekła mnie pod powiekami i już po chwili płynęły równym strumieniem po mojej twarzy. W końcu doszłam do grobu Kacperka. Stało tam wiele zniczy, każdy z nich się palił. Były także świeże kwiaty. Widocznie ktoś z rodziny Kamila tu często przyjeżdża , bo wiem, że Kamil pewnie nie ma na to czasu. Za pewne wrócił do koncertowania. To w końcu jego praca.
Znalazłam trochę pustego miejsca i poustawiałam znicze i położyłam Kwiaty. Nie było tu ławki, dlatego nie myśląc długo usiadłam na ziemię. Nie myślałam o zimnie, które mnie ogarnęło. Najważniejsze w tej chwili było to, że mogę tu być. Siedziałam i płakałam. Co jakiś czas ktoś do mnie podchodził  i pytał czy nie chcę pomocy, ale zbywałam ich bez słowa.
- Mój kochany syneczku...  wieżę, że jest ci tam dobrze. - spojrzałam na coraz bardziej zachmurzone niebo.
- Mamusia bardzo cię kocha i nigdy nie przestanie. - nie mogłam powstrzymać histerii w moim głosie. Byłam cała roztrzęsiona, może to z zimna, a może przez nieustający płacz.
- Tak bardzo chciałabym cię przytulić.- wyszeptałam łamiącym się głosem.
- Dlaczego musiałeś odejść? Boże... dlaczego nie mogłeś zabrać mnie? On był jeszcze taki malutki... zrobiłabym dla niego wszystko. Gdybym mogła mu jakoś pomóc to oddałabym nawet za niego życie, bo bez niego nie czuję potrzeby by nadal być na tym świecie. Chciałabym być z nim  w niebie. Jeśli to jedyna opcja to muszę to zrobić. Chcę być przy moim małym szczęściu. Tak na prawdę nie mam już po co żyć, nie mam dla kogo żyć. - mimo, że byłam cała przemoczona od kropli deszczu, który już jakiś czas pada, to poczułam ogromną ulgę. Już wiem co muszę zrobić i jestem na to gotowa. Spojrzałam w górę na niebo i lekko się uśmiechnęłam. Było już bardzo późno, bo prawie nic nie widziałam. Jednak nie chciałam jeszcze stąd odchodzić. Po chwili poczułam, że ktoś mi się przygląda. Miałam dreszcze na całym ciele, jednak w ogóle się nie bałam. Pomyślałam, że może Bóg mnie wysłuchał i ten ktoś pomoże mi dołączyć do mojego syneczka. Wstałam i odwróciłam się uśmiechnięta, ale gdy zobaczyłam kto przede mną mina mi zrzedła.
- Co ty tu robisz? - wyszeptał zaskoczony.
- Jak to co? Przyszłam odwiedzić grób mojego synka. - starałam się być twarda, nie okazać tych wszystkich sprzecznych emocji, które mną targają. Z jednej strony cieszę się, że go widzę, ale z drugiej, to uczucie jakie wobec niego żywię odżyło na nowo. Jednak muszę okazać obojętność, jeśli chcę zrealizować swój plan.
- Tak... oczywiście. Głupie pytanie. - zmieszał się trochę, ale widziałam, te iskierki  w jego oczach, które ukazywały się gdy z czegoś się cieszył. Spoglądał na mnie jak zahipnotyzowany i dopiero po chwili do niego dotarło, że jestem cała przemoczona i trzęsę się z zimna. Zresztą on nie był w lepszym stanie. Był cały mokry, nawet torba mu przesiąkła. Widocznie od razu z trasy przyjechał tutaj. To mnie bardzo wzruszyło. Ja głupia myślałam, że on już zapomniał, a tak na prawdę to on okazał się lepszym rodzicem. To on tu przyjeżdżał w każdej wolnej chwili, a ja tylko użalałam się nad sobą. Nie wiem czy zasłużyłam na to żeby do ciebie trafić synku. - pomyślałam coraz bardziej smutna.
Kamil chciał zdjąć z siebie kurtkę ale tez była mokra więc wiele by mi to nie dało. Spojrzał na mnie zawstydzony, że nie może mi pomóc.
- Ja już muszę iść. - nie wytrzymałabym dłużej tego spojrzenia. Nie mogę ulec, nie teraz.
- Nysia... - wyszeptał, prawie płacząc. - Proszę, daj mi szansę. Nie odtrącaj mnie kolejny raz. - widziałam pojawiające się łzy w jego oczach.  Chciałam odejść, ale mi na to nie pozwolił. Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Wtuliłam się w niego, czułam jak obsypuje mnie pocałunkami. Chciałam się poddać tej chwili, ale dla naszego musiałam się powstrzymać. Odepchnęłam go na tyle mocno, żeby zrozumiał, że nie chcę. Nie mogłam mu spojrzeć w oczy, bo bym się kolejny raz załamała. Odsunęłam się od niego na bezpieczną odległość i dopiero wtedy na niego spojrzałam. To był błąd, kiedy zobaczyłam cierpienie w jego oczach, to było straszne. Nigdy go takim nie widziałam, a najgorsze było to, że to ja dałam mu te powody do cierpienia. Odrzuciłam go już kolejny raz.
- Nie myśl o tym, nie patrz na niego. - krzyczałam sama na siebie w myślach.
Podeszłam do grobu Kacperka i szepnęłam cicho, żeby Kamil nie usłyszał.
- Niedługo się spotkamy. - uśmiechnęłam się, ostatni raz spojrzałam na Kamila i odeszłam szybkim krokiem. Słyszałam wołanie Kamila, ale wygrałam walkę sama ze sobą i odeszłam nie patrząc na niego.

OCZAMI KAMILA:
Nie mogłem się  nawet poruszyć. To było straszne. Kolejny raz mnie odrzuciła. Dlaczego? Ale najgorsze było to co powiedziała na koniec. Myślała, że nie słyszę, ale dokładnie usłyszałem jej słowa. Powiedziała: "Niedługo się spotkamy". O co jej chodziło? Co ona chciała zrobić? Nie wiem dlaczego, ale miałem złe przeczucie. Posiedziałem chwilę na cmentarzu, ale ta myśl nie dawała mi spokoju. Poszedłem do jej domu. Tą drogę już zawsze będę pamiętał. Z każdą minutą miałem coraz gorsze przeczucie.  Ostatnie pięć minut drogi przebiegłem. Bałem się o nią. Jej oczy mówiły wszystko. Bardzo cierpiała, próbowała to ukryć, ale ja dobrze ją znam i wiem kiedy jest źle. Podbiegłem pod jej drzwi. Nawet nie próbowałem pukać, od razu wszedłem. Na szczęście drzwi były otwarte. Chciałem jej szukać po kolei w pokojach, jednak zrozumiałem, że ona musi być w pokoju Kacperka. Wpadłem tam zdyszany i pierwsze co zobaczyłem to pustą fiolkę jakichś tabletek leżącą koło fotela, na którym leżała nieprzytomna Nyśka. Sprawdziłem jej puls, był ledwo wyczuwalny. Zadzwoniłem szybko na pogotowie. Już po pół godzinie siedziałem niecierpliwie pod szpitalną salą. Lekarz jeszcze nic mi nie powiedział. Biegali co chwila, a to pielęgniarka,  a to lekarz. W końcu po godzinie lekarz Nysi do mnie podszedł.
- Pan jest kimś z rodziny?
- Jestem... jestem jej chłopakiem. - wydukałem przestraszony. Bałem się, że ją też stracę. Nie zniósłbym tego, już nie.
- Więc, pani Natalia trafiła tutaj w ostatniej chwili. Gdyby nie to, że pan tak szybko zareagował to nie moglibyśmy jej pomóc. Dzięki panu pani Natalia żyje. - to było dla mnie najważniejsze. Kamień spadł mi z serca.
- Jest jeszcze jedna sprawa...


No i jest kolejny. Mam nadzieję, że ten tez wam się spodoba :)
Proszę o komentarze :)
Pozdrawiam.