czwartek, 26 września 2013

Rozdział 26

Obudziłam się bardzo szybko, bo już o 7:10 byłam na nogach. Byłam zdenerwowana, w końcu to dzisiaj zamieszka z nami Kacperek. Tak szybko minęły te trzy dni. Ale to może i lepiej, w końcu i tak nadszedłby ten moment, nie ma co tego odwlekać. Siedziałam w kuchni i popijałam kakałko, gdy wszedł zaspany Kamil.
- Hej kochanie, co tak wcześnie wstałeś? - Kamil wyglądał bardzo zabawnie, zresztą jak każdego ranka. Każdy dred stoi mu w inną stronę i ta jego zaspana minka. Nie sposób się nie śmiać.
- Nie wiem, tak jakoś. Jak się przebudziłem i zobaczyłem, że cię nie ma to pomyślałem, że pójdę w twoje ślady i wstanę. Chociaż szybciej będziemy mogli jechać po Kacperka.  - uśmiechnął się szeroko, na co ja tym samym mu odpowiedziałam.
- No tak, więc siadaj zrobię śniadanko, ogarniemy się i jedziemy. - sama się sobie dziwiłam, że tak się z tego cieszę.
Zjedliśmy, uszykowaliśmy się i  już po godzinie byliśmy pod szpitalem. Wzięliśmy ciuszki, nosidełko i parę innych rzeczy. W szpitalu powitali nas uśmiechem. Poznali historię Kacperka i uważali nas za wspaniałych ludzi,  a nam sprawiało to wiele radości. Musieliśmy chwilę poczekać na wypis małego. W tym czasie trzymałam nasze maleństwo w ramionach,  a Kamil przyglądał nam się z uwielbieniem w oczach.
- Czemu się tak patrzysz? - podszedł do nas i przytulił się do mnie, ciągle patrząc na Kacperka.
- Bo mam przy sobie kobietę, którą kocham i tego maluszka, który jest taki malutki, a daje tyle szczęścia.
- To prawda jest wspaniały. - wyszeptałam i pocałowałam nasze maleństwo w czółko.
Dostaliśmy wypis, pogadaliśmy chwilę z lekarzem. Chcieliśmy się upewnić, że wszystko jest na 100% dobrze. Lekarz rozwiał nasze obawy i już wychodziliśmy ze szpitala. Jednak nie zrobiliśmy tego, bo pod szpitalem stała chmara ludzi z aparatami.
- K...wa, skąd oni się dowiedzieli, że tu jestem? - zapytał ze złością Kamil.
- Nie wiem, ale co teraz zrobimy? Jak wyjdziemy stąd z dzieckiem to nie będziemy mieli w ogóle życia. - usiadłam z maleństwem na krześle, tak żeby nie było nas widać z zewnątrz.
- Choć idziemy.  - zaskoczona spojrzałam na Kamila.
- Jak to?
- Kochanie, oni i tak nie spoczną póki nie zrobią nam tego zdjęcia. Więc załatwmy to od razu. Porobią parę zdjęć, napiszą jakieś artykuły i za jakiś czas szał minie. Nie będę was ukrywać przed światem, jesteście całym moim życiem. - uśmiechnął się do mnie słodko. To były piękne słowa i to jeszcze wypowiedziane przez mężczyznę, którego kocham.
- No dobrze,  w takim razie chodźmy. Przytuliłam  Kacperka tak, żeby nie było widać jego twarzyczki. Nie chcę, żeby jego zdjęcie też było w gazetach.
Wyszliśmy na zewnątrz i wszyscy się na nas rzucili. Od błysku fleszy, o mało co nie oślepłam. Wszyscy przekrzykiwali się, co chwila ktoś podsuwał nam dyktafon i zadawał to kolejne pytanie. Nie odzywaliśmy się w ogóle i w końcu przedarliśmy się do samochodu.
- Boże, oni są gorsi niż myślałam. - wysapałam, męcząc się  przypinając nosidełko Kacperka.
- Wiem, ale uwierz, że czasami bywa jeszcze gorzej. - mruknął Kamil.
- Witaj w domu kochanie. - powiedziałam gdy weszliśmy do domu.
Nakarmiłam małego i zaniosłam go do jego nowego łóżeczka. Malutki był dziwnie czerwony, ale skoro lekarze powiedzieli, że wszystko ok to chyba nic takiego. Małe dzieci są czerwone, dlatego nie denerwowałam się tym.
Tego dnia nie robiliśmy nic szczególnego, prawie cały czas przesiedzieliśmy przy Kacperku. To było wspaniałe, móc z nim siedzieć i patrzeć na nasze maleństwo. Takim sposobem minęły nam dwa tygodnie. Było super, dawno nie czułam się tak beztrosko, ale ten czas musiał się skończyć.
Kacperek od początku był delikatnie czerwony, jednak teraz to już  nie było normalne. Malutki ciągle płakał, podkurczał nóżki i robił się siny. Nie czekaliśmy długo, i szybko pojechaliśmy do szpitala. Nie mogłam znieść myśli, że coś może mu się stać.
Lekarze od razu przypięli go do aparatury, słyszałam nieregularne bicie jego malutkiego serduszka,a  łzy ciekły mi strumieniem po twarzy.
- Kochanie, spokojnie. Nic mu nie będzie. - szeptał mi we włosy, jednak słyszałam, że sam jest załamany i za chwilę się rozpłacze.
- Dlaczego...? Przecież wszystko było dobrze. - rozpłakałam się jeszcze bardziej.
- Nysia, proszę nie płacz, wszystko będzie dobrze...
 Wyszedł do nas lekarz, spojrzeliśmy na niego przez łzy.
- Co z Kacperkiem? - wykrzyknęliśmy jednocześnie?
- Nie wiem jak to państwu powiedzieć, ale okazało się, że dziecko ma wrodzoną wadę serca i nie wiemy czy uda nam się go wyleczyć. - po jego słowach nie słyszałam już nic, poczułam tylko ból jakiego nigdy nie czułam...


Przepraszam, że taki krótki, ale nie mam czasu, a nie chciałam was zawieść, więc chciałam napisać chociaż trochę. Mam nadzieję, ze się wam spodoba, trochę nieoczekiwana sytuacja.
Dziękuję pewnej wariatce, która podczas rozmowy na skype zawsze mówi mi miłe słowa na temat tego bloga, a tym razem jest współautorką tego pomysłu.
Dzięki wielkie, ze to czytacie.
Pozdrawiam Aga:)

4 komentarze:

  1. Rozdział świetny!!! mam nadzieję że Kacperka wyleczą

    OdpowiedzUsuń
  2. fajny :3
    mam nadzieję, że sytuacja się jakoś wyjaśni :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ach nie ma za co dziekowac :) to byla tylko mala podpowiedz reszta nalezy do Ciebie kochana ... czekam na czesc dalsza hi hi hi xD

    OdpowiedzUsuń
  4. W weekend coś dodam :) Dzięki że czytacie :)

    OdpowiedzUsuń